SW we Wrocławiu

Z prawie tygodniowym opóźnieniem zabrałem się do opisania swoich wrażeń po koncercie Stevena Wilsona we Wrocławiu.
Tym razem wyjazd był solowy… Chyba pierwszy raz na koncercie byłem sam. Miało to swoje plusy, przede wszystkim możliwość przeżywania muzyki w zupełnie inny sposób.
Miejsce miałem w drugim rzędzie, tuż przed gitarzystą Alexem Hutchingsem. W sali zameldowałem się na czterdzieści pięć minut przed planowanym terminem występu. Hala Stulecia wydaje się surowa i mało przyjazna, a do tego to echo… Pomyślałem, że będzie kiepa z nagłośnieniem. Jakież było moje zdziwienie kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki. Wszystko było słychać wspaniale, każdy instrument można było wyłowić z harmonicznego brzmienia zespołu.
Steven Wilson zaprezentował set charakterystyczny dla trasy „To The Bone”, różniący się jednak od koncertu w Poznaniu. Oprócz Mistrza i wspomnianego Alexa na scenie pojawili się: Adam Holzman (instr. klawiszowe), perkusista Craig Blundell i oczywiście mój ulubieniec – basista Nick Beggs, którego mógłbym oglądać i słuchać bezustannie, zapominając mu łaskawie przeszłość w Kajagoogoo.
Trzy godziny grania, z wyłączeniem dwudziestominutowej przerwy, to prawdziwa uczta dla miłośników talentu Stevena. Wspaniały koncert, bez wpadek, wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Wilson podkreślił po raz kolejny swoją pozycję genialnego przedstawiciela muzyki progresywnej. Od trzynastego lipca czekam niecierpliwie na Jego kolejny występ.
Dwudniowy pobyt we Wrocławiu wykorzystałem również na spacery z aparatem fotograficznym. Miasto mnie urzekło swoim pięknem. Na pewno będę tam wracał…
Do wpisu dołączam kilka fotografii ze stolicy Dolnego Śląska.