Umiar

Komentarz do Cytatu_46_
Przez całe życie jestem przeciwnikiem wszelakich ekstremów, za wyjątkiem tych, które kiedyś, w czasach szkolnych, mozolnie poszukiwałem obliczając skomplikowane zadania matematyczne. Znalezienie ekstremów funkcji powodowało poczucie zwycięstwa, radości oraz dumy. Od wszelkich innych ekstremów stronię i staram się je omijać szerokim łukiem.
O swoistych ekstremach pisze również Marek Aureliusz w cytacie nr 46.
Osobiście nie lubię przebywać w towarzystwie ludzi, którzy w sztuczny sposób emanują ekstremalnym uczuciem. Nie mam po prostu zaufania do tych, którzy głośno lamentują, jak i do tych, którzy skorzy są do gwałtownych uniesień. Pokazywanie takich skrajnych zachowań, manifestowanie ich chociażby w miejscach publicznych lub w gronie rodziny bądź przyjaciół, jest albo objawem nieszczerości, albo efektem krótkotrwałego impulsu, wywołanego z jakiegoś „zewnętrznego centrum sterowania emocjami”.
Reakcje w sposób wyważony, choć emocjonalnie zaangażowany, są według mnie objawem dojrzałości i kultury osobistej.
Podpisuję się zatem w całej rozciągłości pod zaleceniem Wielkiego Cesarza Myśliciela.

Temat aktualny…

Komentarz do Cytatu_45_
Zbliżający się Dzień Wszystkich Zmarłych powoduje, że nasze myśli coraz częściej zmierzają ku tematom związanym ze śmiercią.
Wielokrotnie słyszałem o przeżyciach ludzi, którzy byli na krawędzi życia i śmierci. Zawsze powtarzała się ta sama informacja o tym, że ta traumatyczna chwila, kiedy wyrywali się ze szponów śmierci, odmieniła ich życie nieodwracalnie. Dopiero od wtedy zaczęli żyć pełnią życia, czerpać z niego pełnymi garściami.
Człowiek nie mając wiedzy kiedy będzie musiał się „ewakuować“ z tego świata, żyje trochę jak we mgle. Po omacku pędzi do przodu zaliczając każdy miniony dzień do tych lepszych lub gorszych. Wielu jest takich, którzy w ogóle nie zastanawiają się nad tym, czy mijające dni były dobre, pożyteczne, czy też może tego poprzedniego dnia nie udało im się czegoś dokonać, a przecież wszystko mieli tak dobrze zaplanowane… Są również i tacy, którzy życie swoje przeżywają świadomie, wypełniając swój czas dobrze zaplanowanymi zadaniami. Ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zrozumieć osoby, która zaczęła życie od nowa, wymykając się śmierci z zasięgu kosy.
Marek Aureliusz zachęca nas, abyśmy nie czekali na traumatyczne przeżycia, które mogą w ogóle nie nadejść (i oby tak było), abyśmy już dziś, w spokoju, wyobrazili sobie fakt, że oto właśnie w tej chwili dożyliśmy do końca naszej ziemskiej wędrówki i umieramy… Według filozofa, takie zagłębienie się w siebie samego, z takimi myślami, pozwala na kontynuację życia zgodnie z naturą tak, jak to robią ci, którzy zostali doświadczeni przez los. Nie kuśmy go zatem, nie czekajmy na wydarzenia, które dramatycznie zmienią nasze życie… zacznijmy już teraz, w tej chwili, żyć zgodnie z naturą, od nowa.

I co dalej?

Właściwie to miałem zamiar ten wpis opublikować wcześniej, gdy zachodziły odpowiednie okoliczności ku temu. Teraz temat jest już trochę nieaktualny, lecz jak znam życie, pojawi się na tapecie niebawem. O czym to miałem pisać? O braku konsekwencji…
Spośród niewątpliwie obszernej listy moich wad, jedną z najbardziej mi doskwierających jest właśnie brak konsekwencji… Jestem typem człowieka o charakterze zadaniowym. Zaplanować, zebrać stosowne środki, zrealizować zadanie i… znudzić się tym, co zrobiłem. Niestety tak jest ze wszystkim: z pracą, gdzie byłem wykonawcą niestandardowych i trudnych projektów, z fotografią, z czynnym uczestnictwem w Galerii Świata Obrazu, z pisaniem blogów, z pisaniem książek… Najpierw wielki zapał, potem totalne oddanie się projektowi, a na końcu… znudzenie. Czy ktoś z Was też tak ma…?
Ostatnio zmobilizowałem się i pojawiły się nowe zdjęcia, nowe wpisy na blogu, zacząłem pisać kolejną książkę. Robię to z wielką radością, znowu czuję entuzjazm. Oby tym razem ten stan rzeczy trwał jak najdłużej.
Być może powodem mojego braku konsekwencji jest zbyt wiele sroczych ogonów, za które pociągam…? To jest bardzo prawdopodobne, dlatego też postanowiłem zrobić przegląd swoich aktywności i ograniczyć się tylko do tych najważniejszych. A zatem:
– Niniejszy blog („Strefa Stojaqa”) będzie kontynuowany jako jeden z naważniejszym moich projektów,
– Pisanie – to, co lubię najbardziej… Jest już zalążek czwartej książki, więc życzcie mi powodzenia,
– Fotografia – moje hobby i nie mogę się z nim rozstać. Chociaż jestem mniej aktywny fotograficznie, to trzymanie przy oku wizjera mojego „Olka” sprawia mi nadal ogromną frajdę.
– Galeria Świata Obrazu – za długo się znam z moimi Przyjaciółmi – Galernikami, żebym się miał z nimi pożegnać. Pierwsze swoje zdjęcie umieściłem tam 3 maja 2013 roku (niedługo stuknie pięć lat).
Niestety przyszedł czas na pożegnanie się z „blogiem bezglutenowym”… Pod znakiem zapytania stawiam też stronę fotograficzną www.fotostojaq.com i pisarską www.jacekdelt.com
Przy okazji pozdrawiam moich przyjaciół z galerii Świata Obrazu i przepraszam ich za zbyt małą ilość komentarzy. Pozdrawiam też wszystkich Gości odwiedzających Strefę Stojaqa.
A zatem – do dzieła…

Porażka…

Komentarz do Cytat_44
Zawsze najłatwiej jest oceniać innych ludzi. Najtrudniejsze jest krytyczne spojrzenie na siebie. Wiem, wiem…
Tym razem nie będę jednak rozdzierał swojej własnej duszy i podglądnę z przyjemnością innych.
Pisałem kiedyś o tym, jak ważne jest nastawienie do życia. Sprowadza się to do trochę wyświechtanego, ale jakże ciągle aktualnego, przykładu postrzegania szklanki zapełnionej do połowy wodą. Jedni widzą naczynie tylko do połowy zapełnione, inni na odwrót, że aż do połowy. Tak jest też w innych sytuacjach życiowych. Gdy jedni smucą się, że przyszła jesień, inni cieszą się paletą ciepłych kolorów, ochoczo zabierają się do zaprawiania jesiennych plonów, które służyć będą zimą, chodzą na długie spacery, zbierają kolorowe liście, wdychają cudowne jesienne powietrze. Tamci pociągać będą nosem, szukać kolejnego paraleku na domniemane przeziębienie. Jedni znowu będą poszukiwać rozwiązań napotkanych trudności, inni będą załamywać ręce w rozpaczy.
Jakie to dziwne, że pochodzący z tego samego gniazda rodzinnego mają odmienne spojrzenie na życie. Wiadomo, różnić się to piękna rzecz, ale w tym przypadku zadaję sobie pytanie dlaczego jedni są optymistami, a drudzy pesymistami. Dlaczego czerpiąc przykład z domu, gdzie z entuzjazmem pokonywano wszelkie trudności, gdzie kreatywnie rozwijano się zawodowo, gdzie panował optymizm i radość z życia, jedni wyrośli na malkontentów, inni na optymistów? Próżno szukać jednoznacznej odpowiedzi. Widocznie niektórzy skazują się na permanentną porażkę, a inni przechodzą przez życie z uśmiechem na twarzy. Owszem, czasami się mówi, że to życie niestety ciągnie w dół… Ale czy to prawda? Każdy może się poddać apatii, to najprostsze. Jednak optymiści nawet w kryzysowych sytuacjach są w stanie znaleźć jakiś pozytyw i wyjść z opresji obronną ręką.
Rację ma zatem Seneka pisząc, że każdy jest nieszczęśliwy, na ile się za takiego uważa…

Powrót z wakacji

Trochę się wydłużył mój pobyt na blogowych wakacjach… I gdyby to były jeszcze wakacje pełne intensywnych i interesujących wyjazdów… Za wyjątkiem kilku wypadów weekendowych nie zaliczyłem żadnego spektakularnego urlopu poza domem. Jednakże te dwa miesiące z okładem mogę zaliczyć do udanych, tym bardziej, że w międzyczasie na świecie pojawił się mój kolejny potomek, noszący moje nazwisko. Jest to dla mnie wielka radość i szczęście.
Od kilku dni zastanawiałem się nad przyszłością bloga… Wiem, że jeśli zaprzestanę pisania, to już to tego nie wrócę. Tak już mam… często zapalam się wielkim ogniem, aby po pewnym czasie przygasnąć… Jest to cecha mojego charakteru, którą trudno mi przezwyciężyć. Walczę z tym całe życie i nie mogę się pochwalić spektakularnym sukcesem.
Zmobilizowały mnie jednak ostatnie polubienia, za które jestem Gościom niezwykle wdzięczny. Pomyślałem: „jeśli mnie ktoś tu ciągle odwiedza, to chyba warto pisać”. A tak przy okazji, to nigdy do końca nie wiem, czy te wpisy są naprawdę czytane, czy tylko zaznaczany jest znaczek „lubię” i to na tyle…? Gdy pojawia się bezcenny komentarz, to wtedy otrzymuję znak, że mój wpis zaczął żyć. Dziękuję zatem tym, którzy zaszczycili mnie swoim komentarzem. Jeśli ktoś przeczytał mój tekst, będącym kropelką w internetowym oceanie, to jest dla mnie wielkie osiągnięcie i radość z tego tytułu.
Narazie nie zmieniam formuły bloga. Będę kontynuował wstawianie cytatów, okraszonych moim zdjęciem, po których nastąpi krótki, bądź nieco dłuższy komentarz. Nadal będę się posiłkował mądrościami moich ulubionych filozofów.
Ciągle mam nadzieję na większą ilość zdjęć… W międzyczasie zrobiłem porządek z moim sprzętem fotograficznym. Większość mojego ulubionego systemu Nikona poszła w świat (mam nadzieję, że w dobre ręce), w zamian ograniczyłem się do systemu bezlusterkowego Olympusa. Póki co, najwięcej zdjęć pstrykam moim wnukom, ale tymi pracami nie będę się z Państwem dzielił, bo taką mam zasadę. Jak pogoda się poprawi, to w końcu ruszam w plener z nowym zapałem i chęcią focenia…
Czy będę udostępniał wpisy na Facebooku i Twitterze? Jeszcze nie zdecydowałem… Muszę to jeszcze przemyśleć…
A… jeszcze jedno. Nie straciłem zupełnie tych dwóch miesięcy z punktu widzenia pisarskiego. Prace nad trzecią książką trwały cały wakacyjny czas, chociaż ze zmniejszoną intensywnością.
Witam zatem po urlopie i zachęcam do odwiedzin mojego bloga 🙂

Pisarskie przemyślenia

„Moja pierwsza książka została przyjęta bardzo pozytywnie, a w niektórych kręgach wręcz zaskakująco entuzjastycznie“.
Powyższe zdanie brzmi jak informacja o super wydawnictwie, które stutysięcznym nakładem zrobiło furorę w świecie książek. Prawda jest inna: książka wydana niewielkim nakładem dotarła najpierw do najbliższych, a potem do wąskiego grona odbiorców spoza rodziny. Wyrażam wdzięczność wszystkim tym, którzy ją nabyli i przeczytali. Jestem bardzo szczęśliwy z powodu zainteresowania się moją twórczością.
Ale jakoś nie widzę szans na większy sukces komercyjny w najbliższej przyszłości…
Czy reakcja rynku na moją powieść jest adekwatna? Oczywiście tak. Po pierwsze: nie jestem znanym pisarzem, którego powieści schodzą na pniu z półek księgarskich. Po drugie: nie jestem numerem jeden dla wydawnictwa, które wzięło mnie pod skrzydła. Po trzecie: wydawnictwo nie dysponuje takim budżetem, który zapewniłby właściwą promocję książki. W związku tym z pokorą odnoszę się do niezmiennej w swej treści informacji płynącej z wydawnictwa: „nie ma potrzeby dodruku…”
Pojawia się w tym momencie zasadnicze pytanie: pisać dalej, czy dać sobie spokój?
Pisać, oczywiście, że pisać…!
W historii literatury są różne przykłady motywacji, którą kierowali się lub kierują pisarze, tworząc swoje dzieła. Są tacy, którzy po pierwszym sukcesie komercyjnym piszą dalej dla kasy. Mało tego, zaczęli z pisania żyć… Jak nie będą wydawać nowych hitów, to nie będą mieli z czego zapłacić za światło…
Inni będą na pisaniu budować swoją potęgę ekonomiczną. Kupią kolejny dom i jeszcze lepszy samochód…
Są też tacy pisarze, którzy w zasadzie są zawodowo i ekonomicznie ustawieni i piszą mając w perspektywie powiększenie swoich zasobów.
Jeszcze inni będą pisać, pisać, pisać aby zarobić…, a i tak nikt nie wyda ich książek, oni dalej będą egzystować w swoim ubogim świecie.
Ale znam też przypadki osób, które piszą bo chcą, bo muszą, bo jest to ich pasja, bo pisząc przenoszą się do swojego świata i guzik ich obchodzi, czy ktoś wyda ich książkę i czy w ogóle ktoś ją przeczyta. Tworzą i żyją dla samej twórczości. Nie piszą tego, co czytelnik chce przeczytać, lecz to, co wypływa z ich serca.
Która twórczość jest mi bliższa? Ta pisana z głębi samego siebie…
Jestem w szczęśliwej sytuacji, że mam możliwość pokrycia kosztów wydawniczych własnymi środkami. Wiem jak trudno się przebić w wydawnictwie, licząc na sfinansowanie kosztów wydania swojego dzieła. Ja nie muszę się borykać z takimi dylematami. Piszę i płacę sam za siebie…
Jest jeszcze inne pytanie: czy moje kolejne książki będą „poczytne”? Ktoś zapyta: co to znaczy poczytność? Czy to jest dziesięciu odbiorców, czy stu? A może tysiąc lub dziesięć tysięcy? Odpowiem krótko i jednoznacznie: każda osoba, która poświęci swój czas na przeczytanie książki, której jestem autorem, jest dla mnie bezcenna… To jest już „poczytność“ z mojego punktu widzenia. I to jest pierwszy powód, dla którego będę dalej wydawał swoją twórczość. Drugi powód, to ogromna satysfakcja z dokończenia dzieła. Całe życie jestem fanem dzieł skończonych. Podjąć się czegoś i to skończyć, to wielka frajda… Trzeci powód to możliwość tworzenia. Jestem stworzony do tworzenia… Nigdy nie lubiłem demontażu, demolki, rozbiórki, likwidacji. Uwielbiam uczestniczyć w procesie tworzenia. Tak było zawsze i tak pozostanie…

Wyobrażenia (5)

 W cytacie nr 34 wracam do tematu wyobrażeń, które dla stoików stanowią podstawę postrzegania otaczającego świata. To bardzo długie zdanie można przeanalizować oddzielając tekst zawarty pomiędzy znakami ( oraz ) od reszty. Zajmę się najpierw tym z nawiasów.
Jeśli czyjeś wyobrażenie o jakimś zdarzeniu jest prawdziwe to, jak twierdzi Epiktet, takowy człowiek nie zasługuje na naganę. Nawet jeśli to innym nie jest na rękę. Daje to sytuację tzw. „życia w prawdzie”. Ci, którzy żyją w prawdzie wiedzą jakie to rozkoszne uczucie… Jeśli jednak wyobrażenia te są fałszywe, to taka osoba zasługuje na naganę i sama sobie tym szkodzi, ponieważ błąd i szkoda są nierozerwalne. To jest oczywiste: fałszywe wyobrażenia skutkują powstaniem błędnego postrzegania, a w konsekwencji powstają szkody (w najlepszym przypadku pozastające tylko w umyśle). Gdy umysł uruchamia działania, efekty tego można zauważyć w otoczeniu i wśród innych ludzi.
Przejdę teraz do zasadniczej części zdania.
Epiktet wlewa we mnie optymizm twierdząc, że jeśli tylko zdam sobie sprawę z faktu, jak ważne są moje wyobrażenie, i że są one tak naprawdę drogowskazem mojej wszelkiej działalności, to nigdy nie powinien mnie dręczyć  gniew, nie będę nikomu urągał, nikogo nie będę nienawidził i nikim nie będę się gorszył. Jakie to proste… Klucz do mojego szczęśliwego i pełnego harmonii życia leży we mnie…! Wystarczy tylko właściwie zarządzać moimi wyobrażeniami.
Dlaczego tak trudno to zrozumieć, a co gorsze – tak trudno wprowadzić w życie…?
Tylko praca, praca, praca nad sobą… A czasu jest coraz mniej…