Dziś o muzyce…

Niedawno minęło 1,5 roku od wydania najnowszej i ostatniej płyty Pink Floyd. Pomimo fali krytyki jaka spadła na muzyków po ukazaniu się tego wydawnictwa, ja mam wielki sentyment do tego krążka. Dziś moja ulubiona „trójca” Allons-Y (1) – Autumn’68 – Allons-Y (2)…

Alemoon!!!

Ostatnie dni, a właściwie noce, września przebiegają pod hasłem „Big Moon”. Noc z niedzieli na poniedziałek była jedną z najbardziej fotogenicznych nocy w tym roku. Powstały niezliczone ilości pięknych i mniej pięknych zdjęć. Niektóre kolaże, zaprezentowane na facebooku, archiwizujące drogę Księżyca po nieboskłonie w tę noc, są naprawdę wyjątkowo urocze.
Wczorajszy wieczór też był piękny. Księżyc spacerował po niebie w towarzystwie niezbyt gęstych chmur: to wdzięcząc się swoją krągłością, to chowając leniwie za chmurnymi zasłonami. Przypomniał mi się nastrój z młodości, kiedy podczas takich kosmicznych spektakli zakładałem słuchawki na uszy i uzupełniałem wrażenia wzrokowe wrażeniami dźwiękowymi. Do takiej atmosfery pasowała najbardziej muzyka Pink Floyd – cała płyta „The Dark Side of the Moon” (szczególnie piękny utwór, skomponowany przez nieżyjącego już Richarda Wrighta, „The Great Gig in the Sky”), tytułowy kawałek z płyty „Obscured By Clouds” albo ostatni z tej płyty: „Absolutely Curtains”. Póki Łysy
jeszcze jest tak wyraźny, polecam wszystkim spróbować mojego przepisu na wieczorne oglądanie spektakli. Dołączam zatem jeden z wymienionych wyżej utworów, skomponowany przez (aż trudno dziś uwierzyć w taki duet) Gilmoura i Watersa i trzy zdjęcia z wczorajszego wieczoru.

Cymbaline

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW dniu „zawieszenia” pomiędzy klimatycznym koncertem grupy RPWL, która w bydgoskim klubie Kuźnia zaserwowała nam klimat z londyńskiego klubu Marquee, emitując w systemie kwadrofonicznym odlotową muzyką Pink Floyd z końca lat sześćdziesiątych XX wieku, a jutrzejszą premierą nowej płyty Davida Gilmoura, proponuję wgryźć się na chwilę w klimat niezwykłej improwizacji, krótkiego przecież w oryginale, utworu. Wtedy  to właśnie kiełkował prawdziwy rock progresywny, podlany obficie sosem totalnej psychodelii. Proszę Państwa oto Cymbaline, zaśpiewane przez jakże młodego i przystojnego Gilmoura z bujną czupryną.

40 lat (prawie)minęło… jak jeden dzień…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKiedy jesienią 1975 roku z głośników mojego radia popłynęła muzyka nowej płyty Pink Floyd wiedziałem już, że będzie to mój faworyt… Im więcej przesłuchań, tym bardziej umacniała się moja opinia na jej temat. Jako nastolatek zafascynowany muzyką Pink Floyd, nieomal bez przerwy z czerwonymi słuchawkami Tonsilu na uszach, wlewałem w siebie psychodelię: „Set the Controls for the Heart of the Sun”, „Interstellar Overdrive”, „Careful With That Axe, Eugene”, czy” A Saucerful of Secrets”… W 1975 roku z pasją wsłuchiwałem się w kolejne dzieło stworzone przez 29 letniego Davida, 32 letnich Rogera i Richarda i 32 letniego Nicka. Pomimo oszałamiającego sukcesu „The Dark Side Of The Moon”, muzycy nie osiedli na laurach i stworzyli jeszcze piękniejsze dzieło, choć bez porównywalnego z poprzednim wydawnictwem sukcesu komercyjnego. Dla mnie jest to jedno z najwspanialszych dzieł rockowych w historii muzyki. Progresywny klimat jaki stworzyli Twórcy, dojrzałe wykorzystanie nowinek elektronicznych (np.: VSC3), piękne teksty Watersa i doskonała, jak na tamte czasy, jakość techniczna nagrań powodują, że materiał zamieszczony na płycie „Wish You Were Here” jest do dziś świeży i nadal bardzo głęboko wnika w świadomość słuchacza, bawiąc go i zmuszając do kontemplacji.
Na szczęście udało mi się w 1975 roku nagrać muzykę nowej płyty Pink Floyd na magnetofon ZK-120, podłączony do radia (dziękuję Panie Piotrze), lecz okładkę budowałem w mojej wyobraźni jedynie z barwnych opowiadań prezentera radiowego. Wyobraźnia okraszona sączącą się z radia lub z głośników magnetofonu muzyką tworzyła mistyczną, wręcz fanatyczną atmosferę wokół tego wydawnictwa. To był hymn, niepokornych i lekko wyalienowanych z otaczającego środowiska, licealistów w małej miejscowości. Dopiero za kilka lat mogłem winyl „Wish You Were Here” wziąć w ręce jako nieomal najświętszą rzecz. Egzemplarz, który wtedy trzymałem w dłoniach nie był moją własnością i jeszcze długo musiałem poczekać na otwarcie własnej foliowej koperty w kolorze totalnej czerni, z metalowym uściskiem umieszczonym pośrodku. Dziś mój stosunek do „Wish You Were Here” nadal jest niezmienny i jej czterdziestolecie na pewno uczczę przesłuchaniem i kontemplowaniem utworów: „Shine on You Crazy Diamond part I i II”, „Welcome to the Machine”, „Have a Cigar” i tytułowego – „Wish You Were Here”.
Wiem, że poniżej zacytowane fragmenty tekstu, zaczerpnięte z obu części suity „Shine on You Crazy Diamond”, skierowane były przez muzyków Pink Floyd do Syda Barretta, ale ja zadedykuję je teraz „duchowi” wielkiej muzyki, niepodzielnie panującemu wśród nut czterdziestoletniej jubilatki:
„…Rode on the steel breeze
Come on You Raver, You Seer of visions,
come on You Painter, You Piper, You Prisoner, and shine!…
…Come on You Boy Child, you Winner and Loser,
Come on You Miner for truth and delusion, and shine!”
Jako smaczek muzyczny dołączam link do Shine On Crazy Diamond part II oraz kilka ilustracji zdjęciowych.

PF-9100007 PF-9100009-2 PF-9100015

Pink Floyd – postscriptum

W eterze trwa gorąca wymiana opinii na temat ostatniej płyty Pink Floyd The Ednless River. Można przeczytać euforyczne opinie, jak i zawierające totalną, emocjonalną krytykę. Cóż – efekt w zasadzie został osiągnięty. Nie ma nic gorszego, gdy się o nowej płycie nie mówi nic… Nie jestem jednak pewnien, czy David Gilmour miał na celu tylko sprowokowanie dyskusji na ten temat. Szczerze mówiąc, nie znamy do końca wszystkich motywów, którymi kierowali się tandem Gilmour – Mason, decydując się na wydanie The Endless River. Zapewne motywacje komercyjne były jednymi z najistotniejszych i te na pewno zostały osiągnięte. Muzycznie płyta ta nie jest ich szczytowym osiągnięciem, ale ma ona zupełnie inny wymiar, którego krytykanci albo nie chcą, albo nie potrafią zrozumieć. Żyjąc w kraju, gdzie wszyscy na wszystkim się znają, gdzie każdy bezkarnie tapla się w obrzuconym przez siebie błocie, gdzie ulubionym hobby jest deptanie wszelkich autorytetów, pojawiła płyta Pink Floyd, chłopców do bicia – niech teraz dostaną za swoje!!!
Na szczęście są tacy, dla których płyta ta ma odmienną, swoistą wymowę. Ja należę do tej grupy i nie wstydzę się tego. Dla nas, którzy doznawali mentalnych odlotów (i to bez żadnych dodatkowych środków i dopalaczy) słuchając niezwykłych dźwięków suit Pink Floyd, każdy nowy dźwięk tej Formacji jest przyjmowany w wielką wdzięcznością. A w dodatku dźwięki The Endless River kończą wieloletni cykl wydawania nowego materiału pod nazwą Pink Floyd i niech to będzie przyczynkiem zadumy, jak i radosnego wsłuchiwania się w tą piękną muzykę.