Listopadowy Steven

imagePo emocjach związanych z „The Endless River” Pink Floyd, po przydługiej przerwie powróciłem do muzyki Stevena Wilsona. To bardzo dobry czas na słuchanie Jego muzyki. Nawet taka myśl mi przyszła do głowy, aby nazwać tego Artystę „Listopadowym Muzykiem”. I to nie ze względu na na datę urodzin (03.11.1967), a na listopadowe klimaty w Jego muzyce. Nie jest to oczywiście żadna negatywna opinia. Wręcz przeciwnie, muzykę tę wspaniale słucha się w domowym zaciszu, gdzie za okniem szaruga, mgły, deszcze, a dzień ledwo co się obudził – już zaczyna ziewać.  Oceniam tego Artystę jako jednego z najzdolniejszych muzyków naszych czasów. Różnorodność twórczości, ciągłe poszukiwania nowych przestrzeni w muzyce, ilość wydanych krążków, to tylko niektóre z cech tego Muzyka. Zawsze postrzegałem Go jako godnego kontynuatora stylu podobnego, do wczesnej twórczości zespołu Pink Floyd. Mało tego, ostatnie dwie płyty ocerają się o muzykę bliską innemu potężnemu królowi rocka progresywnego – King Crimson. Wilson nie kopiuje tej muzyki, nie Gra coverów, ani stosuje bezmyślnego naśladownictwa. Po mistrzowsku rozwija nurty progrocka, ocierając się przy okazji o ambient, jazz, metal, eksperymentalną elektronikę. W wyniku tego mamy do czynienia ze świeżą muzyką, pełną ambitnych aranżacji, skierowaną do wymagającego odbiorcy. Mam nadzieję, że Steven Wilson nadal będzie płodnym Artystą, że na drodze Jego muzycznego rozwoju znajdzie się kontynuacja twórczości w ramach zespołu Porcupine Tree (takie są plotki). Czekam z niecierpliwością na Jego nową płytę, która ma się ukazać w lutym 2015 roku. A potem zapewne pojawi się w Polsce z serią koncertów.
To tego materiału dołączam próbkę twórczości Stevena Wilsona:

Pink Floyd – postscriptum

W eterze trwa gorąca wymiana opinii na temat ostatniej płyty Pink Floyd The Ednless River. Można przeczytać euforyczne opinie, jak i zawierające totalną, emocjonalną krytykę. Cóż – efekt w zasadzie został osiągnięty. Nie ma nic gorszego, gdy się o nowej płycie nie mówi nic… Nie jestem jednak pewnien, czy David Gilmour miał na celu tylko sprowokowanie dyskusji na ten temat. Szczerze mówiąc, nie znamy do końca wszystkich motywów, którymi kierowali się tandem Gilmour – Mason, decydując się na wydanie The Endless River. Zapewne motywacje komercyjne były jednymi z najistotniejszych i te na pewno zostały osiągnięte. Muzycznie płyta ta nie jest ich szczytowym osiągnięciem, ale ma ona zupełnie inny wymiar, którego krytykanci albo nie chcą, albo nie potrafią zrozumieć. Żyjąc w kraju, gdzie wszyscy na wszystkim się znają, gdzie każdy bezkarnie tapla się w obrzuconym przez siebie błocie, gdzie ulubionym hobby jest deptanie wszelkich autorytetów, pojawiła płyta Pink Floyd, chłopców do bicia – niech teraz dostaną za swoje!!!
Na szczęście są tacy, dla których płyta ta ma odmienną, swoistą wymowę. Ja należę do tej grupy i nie wstydzę się tego. Dla nas, którzy doznawali mentalnych odlotów (i to bez żadnych dodatkowych środków i dopalaczy) słuchając niezwykłych dźwięków suit Pink Floyd, każdy nowy dźwięk tej Formacji jest przyjmowany w wielką wdzięcznością. A w dodatku dźwięki The Endless River kończą wieloletni cykl wydawania nowego materiału pod nazwą Pink Floyd i niech to będzie przyczynkiem zadumy, jak i radosnego wsłuchiwania się w tą piękną muzykę.

Endless River

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Zawsze starałem się nie wypowiadać na temat nowo-poznanej muzyki po pierwszym przesłuchaniu. Tym razem jednak zrobię odstępstwo. W nocy z  10/11 listopada, ze słuchawkami na uszach podłączonymi do iPoda, przepłynąłem na łodzi razem z Davidem Gilmourem, Nickiem Masonem i Richardem Wrightem  po dźwiękach Endless River. Była to piękna muzyczna wycieczka, jaką od dawna oczekiwałem od Pink Floyd. Pierwsze wrażenie to – kontynuacja Wish You Were Here. Ale tak po prawdzie jest to przekrój przez ich całą twórczość. Dawno nie było na ich płycie takiego bogactwa dźwięków. Wydaje się, że nagrywali ten materiał nakładając sto albo i więcej ścieżek. Gilmour nareszcie się wycofał z gitarą, oddając wiele przestrzeni innym instrumentom. Oczywiście nadal Jego gitara brzmi przepięknie i nie można powiedzieć, że została całkowicie zmarginalizowana. Na tej płycie wszystko jest idealnie wyważone. Oprócz tego artyści oddali hołd nieżyjącemu Rickowi poprzez bardzo znaczące wyeksponowanie Jego gry na wszelkiego rodzaju instrumentach klawiszowych. Smaczkiem wyjątkowym jest zastosowanie organów Farfisa i systenzatora VCS3 – instrumentów tak charakterystycznych dla ich wczesnej twórczości. Płyta Endless River zespołu Pink Floyd jest prawdziwą perłą w berle, którą ten zespół zawsze będzie dzierżył, jako Król Rocka Progresywnego.

Pink Floyd

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    Dwa magiczne słowa… Zetknąłem się z nimi gdzieś w okolicach 1975 roku, czyli ery „Wish You Were Here”. Biegiem przemierzałem drogę z LO do domu (to były zazwyczaj środy), aby po godzinie 17:00 usłyszeć w Trójce głos Piotra Kaczkowskiego, który opowiadał zespole, o tej płycie, a potem odliczył 3,2,1… start i mój ZK120 rozpoczynał zapisywanie na taśmie magnetycznej magicznych dźwięków „Shine On You Crazy Diamond”. Potem „Welcome To The Machine”, „Have A Cigar” i pytanie, czy coś nie poszło Kaczkowskiemu…takie dziwne dźwięki, popsute radio…? Nie, to przecież Pink Floyd po mistrzowsku wtrącali różne dziwadła dźwiękowe pomiędzy utworami… Słuchanie dzieł tego zespołu na słuchawkach Tonsilu SN50, to prawie muzyczna ekstaza. Nie sposób zapomnieć wzruszeń przy takich dziełach, jak np.:” A Saucerful Of Secrets”, „Atom Heart Mother”, „Echoes”, „Absolutely Curtains”, „Sysyphus”, „Money”, „Young Lust”… i wielu, wielu innych. Dziś mija blisko 40 lat od tamtych trójkowych audycji i chociaż nie tak intensywnie jak kiedyś, ale z niecierpliwością, czekam na przesłuchanie materiału ostatniej w historii zespołu, nowej płyty „Endless River” z totalnie wymowną i przepiękna okładką. Mam Nadzieję, że D. Gilmour, N. Mason, niezapomniany i nieżyjący R. Wright i ich młodzi pomocnicy, dostarczą nam muzykę na miarę wielkiego zakończenia rozdziału muzycznego pod nazwą Pink Floyd. Szkoda tylko, że nie będzie na tej wyjątkowej płycie wielkiego R. Watersa…

Derek William Dick

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   To być może był mój ostatni koncert w tym roku.

  Zaplanowany prawie na wyciągnięcie ręki, bo w toruńskiej Od Nowie. Fish, autor i wykonawca dziesięciu solowych płyt, dla mnie pozostanie legendarnym wokalistą grupy Marillion. Warto było jednak spróbować Jego solowych utworów zagranych na żywo. Wracając na chwilę do dalszej historii, dzięki zrządzeniu losu (los o inicjałach MC), w roku 1987 w Gdańskiej Oliwii, miałem szczęście oglądać na żywo koncert Marillion z Fishem. Było to niezwykłe wydarzenie muzyczne, niezapomniane po dziś dzień. Wczorajszy Fish, to dwadzieścia siedem lat starszy Gość (tak, jak i ja) dobrze radzący sobie z własnym repertuarem, jednak nie dający radę staremu Marillion. Na podkreślenie zasługuje fakt, iż artysta lubi koncerty w salach klubowych ze względu na bliski kontakt z odbiorcami. Taki też był klimat wczorajszego koncertu w Od Nowie.  Pomimo tych niedoskonałości koncert wart oglądnięcia, a prawie dwugodzinny set jest dowodem na dobrą kondycję „Wielkiej Ryby”. Bardziej wnikliwą analizę tego wydarzenia artystycznego pozostawię specjalistom (chociaż jak do tej pory nie znalazłem jeszcze recenzji).

Czas na rock (IQ & HAKEN)

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJak co rock, pod koniec września jest obowiązkowy wyjazd do Inowrocławia na festiwal Ino-Rock. Wspominałem już wcześnie o występie grupy IQ. Godnym podkreślenie jest fakt, że przed IQ wystąpi jedna z najlepiej zapowiadających się progresywnych grup Haken. O nich można przeczytać pod następującym adresem: http://www.mlwz.ceti.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=13630&Itemid=81. Zapraszam. Nareszcie Inowrocław przestanie mi się kojarzyć tylko z przymusową służbą wojskową…

 

Awake?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   Jutro druga odsłona wpisu z dnia 28 maja. Awaken już przeminął, a jego Twórcy i Odtwórcy obronili się nową wersją. Było też w Sali Kongresowej wiele innych perełek wczesnych lat świetności rocka progresywnego w wersji yesowskiej.
Brak J. Andersona pozwolił na odkurzenie takich utworów, z którymi ten niewątpliwie Wybitny Artysta, mógłby mieć problemy wokalne.
Ale jutro czeka nas na pewno kawałek Awake i wiele, wiele innych smakowitych dań muzycznych. W miłym czteroosobowym składzie miło spędzę poniedziałkowe popołudnie i wieczór…

Awaken – Awake

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   Tak się zastanawiałem, czy kolejność jest właściwa? Według znawców, u których konsultowałem ten temat, to kolejność jest dobra. Najpierw „przebudzony”, a potem „czujny” lub też „nie-śpiący”. Ale o co chodzi…? Muzycznie chodzi o dwa najbliższe koncerty. A pierwszy odbędzie się już za kilka dni. Pierwszy raz będę miał okazję posłuchać na żywo jednego z najważniejszych utworów rocka progresywnego, właśnie „Awaken”. Suita ta została wydana na jednym z najlepszych albumów YES – „Going For The One”, w 1977 roku, czyli na rok przed moją maturą…! Jest to utwór, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Po pierwszym przesłuchaniu zastałem wręcz porażony dźwiękami, nie mogłem uwierzyć, że takie dzieło mogło powstać w świecie realnym… Do dziś każde przesłuchanie tej suity jest przeze mnie celebrowane. Moim zdaniem „Awaken” należy do grona największych dzieł muzyki rockowej. Czy wersja koncertowa, grana przez muzyków starszych już o 37 lat i to w niepełnym składzie, przyniesie również moc wrażeń? Jestem sceptyczny, tym bardziej, że miałem możliwość już słuchać Awaken koncertowo w wersji CD. Jednakże setlista koncertu YES a Awaken (głównie), daje nadzieje na ciekawe przeżycia muzyczne. Oczywiście o koncercie wspomnę. Mam tylko nadzieję, że nie będą grali nic z zapowiedzianego, nowego albumu (!). A AWAKE…? To na później, ale będzie głośno, precyzyjnie, metalowo, progresywnie…!!!
Oto link do „Awaken” – miłego słuchania: http://www.youtube.com/watch?v=98-iBpbEbNk&feature=kp
I moja fotograficzna ilustracja do „Awaken”:
Nikon D300, 105mm, f/2.8, s 2s

Nikon D300, 105mm, f/2.8, s 2s

Gazpacho

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   Z czym kojarzy się nazwa gazpacho? Przecież to oczywiste – hiszpańska zupa, wywodząca się z Andaluzji, nie wymagająca gotowania i podawana na zimno. Ale Gazpacho to również norweska grupa z pogranicza art i prog rocka, grająca w składzie: Jan-Henrik „O” Ohme (wokal), Jon-Arne Vilbo (gitara, programming), Thomas Andersen (klawisze, programming), Mikael Krømer (skrzypce, mandolina, gitara rytmiczna), Lars Eric Asp (perkusja) oraz Kristian „Fido” Torp (bas). Fascynacje muzyczne członków grupy to między innymi Marillion, Porcupine Tree, Kate Bush, Muse, Pink Floyd, Radiohead. Dyskografia grupy: Bravo (2003 r), When Earth Lets Go (2004), Firebird (2005), Night (2007), Tick Tock (2009), A Night At Loreley (2010), Missa Atropos (2011), London (2011), Ghosts (2012) i Demon (2014). To właśnie ostatnią z wymienionych płyt muzycy zaczęli promować na trasie koncertowej, która rozpoczęła w dniu 4 kwietnia 2014 roku się w warszawskiej Progresji. Koncert bardzo udany, muzycy w doskonałej formie. Dodatkowym smaczkiem była bardzo kameralna atmosfera w Progresji oraz szczególnie miłe towarzystwo na wspólnej ławeczce: koncert oglądałem i nareszcie zamieniłem kilka słów z legendą muzyczną radiowej Trójki Panem Piotrem K, który jest niewątpliwym twórcą mojego muzycznego gustu.
Ponadto zapraszam do zapoznania się z recenzją płyty Demon, zamieszczoną pod następującym adresem: http://www.mlwz.ceti.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=12801&Itemid=26

Do tematu „Gazpacho” wrócę pewnikiem w fotograficznej odsłonie…