Za kilka godzin…

Dziś jest wyjątkowy dzień. Po dłuższej przerwie wracam do atmosfery gorących koncertów. A ten dzisiejszy zapowiada się naprawdę emocjonująco… W Spodku o godzinie 20:00 rozpocznie się wielka przygoda z muzyką Dream Theater. Zespół ten jest reprezentantem muzyki prog-metalowej i od wielu lat wiedzie prym w tym mało popularnym gatunku. Grupę tworzy pięciu muzyków: John Petrucci (gitara), John Myung (bas), Jordan Rudes (instr. klawiszowe), Mike Mangini (perkusja) i James LaBrie (wokal). Średnia wieku całej piątki to 53,8 lat… Ale proszę się nie sugerować tym wynikiem… Muzyka, jaką prezentują na koncertach jest pełna dynamizmu i młodzieńczej werwy. Do chwili obecnej Dream Theater wydał trzynaście albumów, ostatni w 2016 roku pt. „The Astonishing”. Na dzisiejszym koncercie zagrany będzie w całości drugi album „Images and Words”, który w tym roku obchodzi okrągłą rocznicę – 25 lat od daty wydania. Poza tym będzie można usłyszeć inne znane utwory zespołu.
Będzie się działo!!!
Dołączam próbkę z obszernego repertuaru tej grupy.

Wieczór pamięci o JW

Tak bez wielkiego planowania Syn zaproponował mi wieczór pamięci Johna Wettona. Wpadł około dwudziestej, stół obłożyliśmy smakowitościami (oczywiście w rozsądnej ilości), do odtwarzacza wsunąłem płytę z koncertem Steva Hacketta „The Tokyo Tapes Live In Japan” i zaczęliśmy wspominki.  John Wetton to kolejny z wielkich muzyków, który zasilił Największą Orkiestrę. Odszedł w dniu 31 stycznia 2017 roku… Wspaniały basista, gitarzysta i wokalista, grający z największymi gwiazdami rocka progresywnego. Liczba albumów, na których zaznaczył swój artystyczny kunszt jest naprawdę imponująca.  Oprócz koncertu z Tokyo oglądnęliśmy jeszcze sporo różnych klipów z udziałem tego wspaniałego muzyka. Nasz wieczór poświecony pamięci o Johnie trwał do północy. Muzyka Wettona pozostanie z nami na zawsze…

PS dzięki za spotkanie 🙂

 

Karmazynowy Król

Foto P.S.

Wpis ukazuje się ze znacznym opóźnieniem… Nie mogę jednak przejść obojętnie obok tego, czego doświadczyłem w dniu 17 września…

Dzień rozpoczął się piękną, słoneczną i ciepłą pogodą. Od jedenastej zaczęli zjeżdżać się uczestnicy niezwykłej wycieczki. W najlepszym z możliwych składzie około godziny trzynastej ruszyliśmy z domu do Zabrza. Zamieszczone zdjęcie uzewnętrznia panujący nastrój wśród wycieczkowiczów… Wiadomo już, że chodzi o koncert King Crimson, który odbył się w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca.

W hotelu, u celu podróży, zameldowaliśmy się około godziny 18:30, po krótkim odpoczynku taksówką udaliśmy się na miejsce muzycznej uczty. Pomimo niesamowitej duchoty i gorąca, panującego na sali, miejsca mieliśmy wyśmienite – naprzeciwko sceny. Wybaczyliśmy Królowi Progrocka piętnastominutową obsuwkę…Przed samym koncertem zostaliśmy szczegółowo poinformowani o zakazie fotografowania i nagrywania materiałów video. Tym razem cała sala zachowała się bardzo przyzwoicie i przez cały koncert nikt nie uruchomił swojego smartfona… Muszę przyznać, że w tych czasach to ewenement. Na każdym koncercie jestem świadkiem niebywałej epidemii nagrywania i robienia fotek. Przeszkadza to widzom, ale i sami „nagrywacze” tracą to, co na koncercie jest najważniejsze – prawdziwą i żywą muzykę.

Wykwintnie ubrani panowie Robert Fripp, Jakko M. Jakszyk,  Tony Levin, Mel Collins, Pat Mastelotto, Gavin Harrison i Jeremy Stacey dumnie wkroczyli na scenę, zajęli swoje miejsca i rozpoczęli koncert. Z małą przerwą grali prawie dwie i pół godziny. Była to prawdziwa uczta dla duszy…Wspaniały powrót do źródeł muzyki progresywnej i niezwykła możliwość spotkania z legendą tego gatunku muzyki – Robertem Frippem. Można śmiało postawić tezę, że King Crimson to właśnie Robert Fripp. Tylko On był stałym członkiem każdego składu tego zespołu. To On podejmował decyzje o kolejnych zakończeniach działalności zespołu, to On podejmował decyzję o kolejnych wskrzeszeniach „Karmazynowego Króla”. Niezwykła postać muzycznego świata, genialny muzyk, który na stałe wpisał się do historii progresywnego rocka. Ten siedemdziesięcioletni dziś mężczyzna nadal emanuje energią i w niespotykany sposób potrafi perfekcyjnie zaaranżować i wykonać swoje dzieła. Wielki szacunek dla Niego i dla pozostałych muzyków za perfekcję i profesjonalizm.

Jako szkoda, że jestem już po, a nie przed tym koncertem…

Do wpisu dołączam fragment tej niezwykłej muzyki.

Cover Bands

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJak bumerang powraca temat „coverbandów”. Czy tego typu grupy powinny grać muzykę wielkich gwiazd, czy nie? Zdania są podzielone. Jest wielka rzesza zagorzałych przeciwników, która wręcz ignoruje jakąkolwiek dyskusje na ten temat. Jest jednak liczne grono zwolenników takiego muzykowania. Do tej drugiej grupy ja się zaliczam. W poniższych punktach uzasadnię moje stanowisko w tej sprawie:

  1. Każdy zespół, nawet największe gwiazdy, na początku swego istnienia były „coverbandem”.
  2. Gdyby nie covery, muzyka klasyków, takich jak np.: F. Chopin, W.A. Mozart, J.S. Bach, nie byłaby obecna we współczesnym świecie.
  3. Czymże innym jak nie festiwalem coverów jest np. Konkurs Chopinowski?
  4. Odtwarzanie dzieł wielkich nieżyjących to swoisty hołd dla ich twórczości, to również uwiecznianie ich pięknych dzieł, ale również ogromny zaszczyt i spełnianie swoich pasji przez  muzyków „coverbandów”.

Zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy skontrują stwierdzeniem: nieżyjących artystów niech sobie grają inni, ale tych żyjących stanowczo NIE. Oczywistym jest, że jakość niektórych współczesnych „odtwórców” daje wiele do życzenia, ale i jakość grania i śpiewania niektórych żyjących jeszcze gwiazd jest, delikatnie mówiąc, słaba. Jeśli chodzi o mnie, wybieram muzykę „coverbandu” niż  upadającej gwiazdy, niszczącej swoją renomę i niewiedzącej kiedy zejść ze sceny na zawsze.
Na koniec piąty argument i koronny na korzyść muzyków odtwarzających dzieła gwiazd. Mam tu na myśli łzy wzruszenia Roberta Planta w trakcie wykonania przez siostry Wilson utworu „Stairway to Heaven”.
26 listopada b.r. byłem na koncercie grupy Pled Zepchlim, grającej covery Led Zeppelin (adres ich strony na facebooku: https://www.facebook.com/pledzepchlim/?fref=ts). Wspaniała zabawa, świetny warsztat artystów, gigantyczna i niezapomniana muza grana na żywo… Gratuluję muzykom i mam nadzieję na więcej…

Z zębem i pazurem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERANa jesienny wieczór coś muzycznego… I nie będzie to Gazpacho, które pomimo ostrej nazwy nie „piecze po uszach”, o czym będzie można się przekonać juz w niedzielę w bydgoskiej Kuźni. Proponuję posłuchać muzyki z „zębem i pazurem”, zagraną przez trzyosobową grupę amerykańską Animals as Leaders, a konkretnie jest to utwór „Tooth and Claw”:

Cymbaline

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW dniu „zawieszenia” pomiędzy klimatycznym koncertem grupy RPWL, która w bydgoskim klubie Kuźnia zaserwowała nam klimat z londyńskiego klubu Marquee, emitując w systemie kwadrofonicznym odlotową muzyką Pink Floyd z końca lat sześćdziesiątych XX wieku, a jutrzejszą premierą nowej płyty Davida Gilmoura, proponuję wgryźć się na chwilę w klimat niezwykłej improwizacji, krótkiego przecież w oryginale, utworu. Wtedy  to właśnie kiełkował prawdziwy rock progresywny, podlany obficie sosem totalnej psychodelii. Proszę Państwa oto Cymbaline, zaśpiewane przez jakże młodego i przystojnego Gilmoura z bujną czupryną.

40 lat (prawie)minęło… jak jeden dzień…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKiedy jesienią 1975 roku z głośników mojego radia popłynęła muzyka nowej płyty Pink Floyd wiedziałem już, że będzie to mój faworyt… Im więcej przesłuchań, tym bardziej umacniała się moja opinia na jej temat. Jako nastolatek zafascynowany muzyką Pink Floyd, nieomal bez przerwy z czerwonymi słuchawkami Tonsilu na uszach, wlewałem w siebie psychodelię: „Set the Controls for the Heart of the Sun”, „Interstellar Overdrive”, „Careful With That Axe, Eugene”, czy” A Saucerful of Secrets”… W 1975 roku z pasją wsłuchiwałem się w kolejne dzieło stworzone przez 29 letniego Davida, 32 letnich Rogera i Richarda i 32 letniego Nicka. Pomimo oszałamiającego sukcesu „The Dark Side Of The Moon”, muzycy nie osiedli na laurach i stworzyli jeszcze piękniejsze dzieło, choć bez porównywalnego z poprzednim wydawnictwem sukcesu komercyjnego. Dla mnie jest to jedno z najwspanialszych dzieł rockowych w historii muzyki. Progresywny klimat jaki stworzyli Twórcy, dojrzałe wykorzystanie nowinek elektronicznych (np.: VSC3), piękne teksty Watersa i doskonała, jak na tamte czasy, jakość techniczna nagrań powodują, że materiał zamieszczony na płycie „Wish You Were Here” jest do dziś świeży i nadal bardzo głęboko wnika w świadomość słuchacza, bawiąc go i zmuszając do kontemplacji.
Na szczęście udało mi się w 1975 roku nagrać muzykę nowej płyty Pink Floyd na magnetofon ZK-120, podłączony do radia (dziękuję Panie Piotrze), lecz okładkę budowałem w mojej wyobraźni jedynie z barwnych opowiadań prezentera radiowego. Wyobraźnia okraszona sączącą się z radia lub z głośników magnetofonu muzyką tworzyła mistyczną, wręcz fanatyczną atmosferę wokół tego wydawnictwa. To był hymn, niepokornych i lekko wyalienowanych z otaczającego środowiska, licealistów w małej miejscowości. Dopiero za kilka lat mogłem winyl „Wish You Were Here” wziąć w ręce jako nieomal najświętszą rzecz. Egzemplarz, który wtedy trzymałem w dłoniach nie był moją własnością i jeszcze długo musiałem poczekać na otwarcie własnej foliowej koperty w kolorze totalnej czerni, z metalowym uściskiem umieszczonym pośrodku. Dziś mój stosunek do „Wish You Were Here” nadal jest niezmienny i jej czterdziestolecie na pewno uczczę przesłuchaniem i kontemplowaniem utworów: „Shine on You Crazy Diamond part I i II”, „Welcome to the Machine”, „Have a Cigar” i tytułowego – „Wish You Were Here”.
Wiem, że poniżej zacytowane fragmenty tekstu, zaczerpnięte z obu części suity „Shine on You Crazy Diamond”, skierowane były przez muzyków Pink Floyd do Syda Barretta, ale ja zadedykuję je teraz „duchowi” wielkiej muzyki, niepodzielnie panującemu wśród nut czterdziestoletniej jubilatki:
„…Rode on the steel breeze
Come on You Raver, You Seer of visions,
come on You Painter, You Piper, You Prisoner, and shine!…
…Come on You Boy Child, you Winner and Loser,
Come on You Miner for truth and delusion, and shine!”
Jako smaczek muzyczny dołączam link do Shine On Crazy Diamond part II oraz kilka ilustracji zdjęciowych.

PF-9100007 PF-9100009-2 PF-9100015

Muzyczny dzień

OLYMPUS DIGITAL CAMERADziś wyjazd w miłym towarzystwie na Ino-Rock i potężna dawka dobrej muzyki. Dziś też odkryłem w internetowym Denonie Polskie Radio Prog Rock (polecam), ciągle poszukuję rockserwis.fm (na pewno znajdę!).

Do wpisu dołączam utwór będący „kwintesencją muzyki”, której słucham od wielu dekad.