Cyfrowa ciemnia

Dziś zmiana tematu… Przyszedł czas na powrót zagadnień fotograficznych.
Pomimo wielu różnych zajęć staram się nie zrywać z moim hobby, dołączając do kolejnych wpisów na blogu nowe fotografie oraz te z cyfrowej szuflady. Od września na stałe rozstałem się z lustrzanką, przechodząc na system bezlusterkowy. Jak dziś patrzę na niektóre stare zdjęcia wykonane kiedyś Nikonem D700, to mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłem. Ciekawe, czy uda mi się osiągnąć takie efekty Olympusem… Cóż decyzja, choć niełatwa, została podjęta, a Olek M1 Mark II spisuje się naprawdę znakomicie. Ale nie to jest dziś tematem przewodnim.
Wielkim przełomem w moim fotograficznym worflow jest zmiana narzędzia do wywoływania surowych zdjęć RAW. Od wielu lat byłem wierny ulubionemu programowi Photoshop Lightroom. Pracowałem na „trójce” „czwórce”, „piątce”, szóstce”… dałem się nawet skusić na CC, a ostatnio na Calssic CC. Ale robi się coraz drożej, a cenowa alternatywa pomiędzy LCC z 1 TB chmurą a Photoshopem CC wraz z Lightroomem CC i Classic CC mnie nie przekonuje. Może zabrzmieć to po amatorsku, ale bardziej mi potrzeba dobrej cyfrowej ciemni niż aplikacji do tworzenia fotomontaży…
Usługi udostępniania aplikacji w chmurze stają się coraz popularniejsze, a producenci zmuszają nas do zamiany produktu z pudełka z wieczystą licencją na abonament w chmurze. A co, jeśli chmura zawiedzie…? No właśnie, pomimo faktu, iż korzystam namiętnie z rozwiązań „cloudowych”, to zawsze systematycznie robię backupy na twardym dysku (najlepiej zewnętrznym). Ale wróćmy do cyfrowej ciemni…
Śledząc fora internetowe przeczytałem artykuł o programie stworzonym przez deweloperów ze teamu Phase One System, który słynie z produkcji m.in. jednego z najlepszych profesjonalnych aparatów średnioformatowych. Otóż grupa speców i zapaleńców z Phase One stworzyła aplikację do wywoływania zdjęć „Capture One”.
Obecnie dostępne jest już dziesiąte wcielenie tego programu. Bardzo bogaty w narzędzia, intuicyjny w obsłudze, z interfejsem w języku polskim jest wspaniałą przeciwwagą dla „chmurnego” Lightrooma. Niesamowite możliwości konfigurowania swojej przestrzeni roboczej, tworzenie własnych skrótów klawiszowych, szybka obsługa słów kluczowych i bardzo skuteczne algorytmy podstawowych czynności, wykonywanych w trakcie wywoływania RAW-ów, to tylko niektóre zalety tego „ciemniowego kombajnu”.
Capture One mnie urzekł i nie mogę się od niego oderwać… Jestem jeszcze cały czas na etapie poznawania jego cech i możliwości, ale już wiem, że wydane pieniądze na wieczystą licencję nie poszły na marne.
Mam takie wrażenie, że zdjęcia są teraz bardziej uporządkowane, lepiej skatalogowane. Właśnie tworzenie katalogów i sesji pozwala na łatwe zapanowanie nad wielką ilością zdjęć, która pojawiła się na moich dyskach. Czekam teraz na wersję C1 na iOS…
Jestem pewien, że Capture One zostanie ze mną na dłużej, ale… Lightrooma 6 w wersji pudełkowej, po jego ostaniej aktualizacji, na wszelki wypadek jeszcze zatrzymałem. Może dlatego, że ma dużo

lepsze odszumianie niż C1…?
Czy macie jakieś doświadczenia w pracy z cyfrową ciemnią?

Dołączam zdjęcie zrobione jeszcze Nikonem D700, którego będę mile wspominał…

Fotograficzna postprodukcja

Do tego postu dołączam zdjęcie, które może posłużyć do przemyśleń nad tym: „czy i jak daleko powinno się ingerować w oryginalną fotografię”. Temat zapewne był i będzie wielokrotnie podejmowany w różnych wydawnictwach branżowych i popularnych. Głośna była dyskusja o fotografii pewnego pretendenta do prestiżowej nagrody fotograficznej, który powielił kilka ptaszków na oryginalnej fotografii, co spowodowało pojawienie się „fikcyjnych”, dodatkowych ptaszków na fotografii konkursowej. Zdobytą nagrodę „artyście”  odebrano zasłużenie… Ale nie zamierzam pisać o doświadczeniach innych. Jakie sam stosuję techniki w tym zakresie? Najpierw chcę podkreślić, że najlepiej byłoby robić takie zdjęcia, które nie wymagają jakiejkolwiek ingerencji. Czasami takie mi się zdarzają, ale zazwyczaj muszę nad surowym materiałem troszkę popracować, aby poprawić i wyeksponować to, co chciałem za pośrednictwem zdjęcia przekazać Odbiorcom. Podstawowym narzędziem informatycznym jest w moim przypadku Photoshop Lightroom, który spełnia rolę biblioteki zdjęć oraz jest tzw. cyfrową ciemnią. Ponieważ fotografuję w surowych plikach – RAW, fotografie kwalifikujące się do dalszej edycji poddawane są podstawowym zabiegom typu: przycinanie (kadrowanie), poprawa ekspozycji, balansu bieli, tonacji, kontrastu itd. Są to zabiegi, które w czasach analogowych wykonywano w tzw. „fotograficznej ciemni” (stąd pochodzi nazwa „cyfrowa ciemnia”). Moja wiedza w zakresie wykorzystania magicznych narzędzi Lightrooma jest ciągle niewystarczająca, dlatego stale ją pogłębiam, korzystając ze źródeł drukowanych i e-booków. Następnie kontynuuję edycję w Photoshop Elements, ograniczając się tylko do podstawowych zabiegów, wyręczających Lightrooma, ewentualnie nakładam filtry korygujące lub artystyczne. Na koniec zachowuję skończone prace w wersji „jpg”, w wielkości nie przekraczającej 1Mb, co pozwala na swobodne umieszczenie ich w internecie. Jeśli pojawia się potrzeba wydrukowania zdjęcia, powracam do surowego RAW oraz korzystając z historii edycji, dokonuję niewielkich korekt. Lightroom posiada wspaniałą cechę zachowywania oryginalnie zaimportowanego z aparatu zdjęcia w stanie niezmienionym, co pozwala dokonywać w przyszłości zupełnie innych, nowych zabiegów korekcyjnych. Zawiera również wiele presetów edycyjnych, które umożliwiają zakończenie etapu wywołania zdjęcia w samym Lightroomie.
Od pewnego czasu zacząłem częściej stosować wszelkiego rodzaju filtry artystyczne, które są elementami składowymi również innych programów graficznych (jeszcze o nich będę pisał) lub są zainstalowane w samym aparacie. Filtry artystyczne, wbudowane w aparat Olympus OM-D E-M1, zastosowywałem np. na zdjęciach, zamieszczonych we wcześniejszym wpisie p.t. „Nadmorska galeria inaczej…”
Czy nakładane filtry nie „fałszują” oryginału? A  może dodają zdjęciu specyficznego klimatu, podkreślają jego wymowę, uwypuklają treść zawartą w kadrze? Proszę o opinie w odniesieniu do załączonego – prowokacyjnego zdjęcia.
OM-D E-M1, 28 mm, f/4.0, 1/100 s, ISO 320

OM-D E-M1, 28 mm, f/4.0, 1/100 s, ISO 320