Fotoanioł

Mój anioł nie tylkom przesiaduje na urządzeniach peryferyjnych stacji komputerowej, ale również lubi przysiąść na innych moich ulubionych sprzętach – na aparatach fotograficznych. W dzisiejszym wpisie zamieszczaam trzy zdjęcia wstępnie wywołane w Lightroomie, z nałożonymi filtrami FX Photo Studio PRO. Na temat dzwinych filtrów zdania sa podzielone. Jedni mówią, że to zakłamanie rzeczywistości, inni pozytywnie się do nich odnosząc, traktują je jako dodatkowy smaczek, upiększający oryginał. Oczywiście filtry oferowane przez aplikację FX Photo Studio PRO należy stosować z umiarem i nienachalnie.

Epiktet

Głośny sygnał domofonu oznajmił, że o tej porze może to być tylko listonosz… Rzeczywiście, nasz – jak go nazywamy – „Pędziwiatr” stał już z paczuszką przy drzwiach wejściowych do domu. Wiedziałem co to jest… To wydana w 1961 roku książka, bardzo trudno dostępna, dla mnie wyjątkowa i pewnie nie tylko dla mnie, gdyż pojedyncze egzemplarze na aukcjach internetowych osiągają dość wysoką cenę i są sprzedawane. Mowa o spisanych przez ucznia Epikteta jego zasad i nauk filozoficznych p.t. „Diatryby, Encheiridion”, przetłumaczonych na język polski przez Leona Joachimowicza. Książka ma zatem 55 lat i jest już niejako egzemplarzem historycznym. Pomimo swojego leciwego wieku jest bardzo dobrze zachowana, chociaż miękka okładka nosi znamiona zużycia. Ale to jest drobiazg w porównaniu z zawartością, jaką ta pozycja zawiera. Nie jest to powieść do czytania „ciurkiem”, lecz podręcznik życia w duchu filozofii stoickiej, do którego sięga się bez końca. Bardzo mnie ucieszyła ta wizyta listonosza…
Ale miało być o Epiktecie… Nie mogłem jednak zacząć wcześniej pisać o nim, bez trzymania na podorędziu wspomnianego wyżej wydawnictwa. Otóż Epiktet należy do grona słynnej trójcy stoickiej: Seneki, Marka Aureliusza i właśnie wspomnianego bohatera niniejszego wpisu. Urodził się ok. 50 roku n.e. w Hieropolis we Frygii w rodzinie niewolniczej. Stał się zatem niewolnikiem zaraz po urodzeniu. Jego właścicielem był Epafrodyt, sekretarz gabinetu Nerona. Epiktet był zdolnym mówcą, ciekawym świata i wszelkich nurtów filozoficznych, uczęszczał na wykłady m.in. Muzoniusza Rufusa – cynizuzącego stoika. Około roku 90 został wyzwolony, następnie rozpoczął swoją działalność nauczycielską. Wygnany z Rzymu przez Domicjana (podobnie jak większość filozofów) osiadł w Nikopolis w Epirze i tam założył własną szkołę filozoficzną, która stała się znana nie tylko w obrębie cesarstwa. Na nauki do Epikteta przybywali żądni wiedzy filozoficznej adepci z całego świata. Zmarł za panowania Hadriana, który rzekomo miał go odwiedzić w jego szkole filozoficznej.
Główne tezy Epikteta to:
– filozofia sprowadza się do umiejętności życia. Stoicki trójpodział na: logikę, fizykę i etykę zastąpiony został przez Epikteta podziałem na: moralność praktyczną, teorię moralną i dialektykę,
– życie zawsze należy prowadzić w zgodzie z naturą,
– człowiek mieniący się mędrcem powinien obojętnie odnosić się do wszystkiego, co jest od niego niezależne.
– mądrość życiowa nie sprowadza się do braku pożądania, lęku i niepokoju (ataraxia). Każdy człowiek powinien grać swą własną rolę na scenie świata, wypełniając z pokorą swoje obowiązki wobec siebie i innych.
– człowiek mądry bierze udział w życiu wielkiego, kosmicznego państwa („rząd świata”).
Epiktet nie spisywał sam swoich myśli i wykładów – zawsze nauczał ustnie. Gdyby nie jego uczeń Arrian, nie mielibyśmy dziś możliwości czytania jego nauk. Powstały na szczęście spisane Diatryby Epikteta (o diatrybach, jako o gatunku literackim napiszę w oddzielnym wpisie) oraz Encheiridion, będący niejako streszczeniem nauk filozofa.
Wspaniała i wielka mądrość płynąca z kart tej niezwykłej książki może być drogowskazem życiowym dla każdego, kto pragnie swoje życie wieść w oparciu o filozofię stoicką. Nie powinno jej zabraknąć w księgozbiorze osoby zainteresowanej tym nurtem filozoficznym. U mnie nareszcie JEST !!!

Zdjęcie nr 39

Oto fotograficzna pamiątka z jednego z wielu zimowych spacerów. Pies uwielbia zabawy w śniegu. Jak dziecko baraszkuje po białym puchu, liżąc go i smakując, jako najpyszniejsze lody waniliowe… Naprawdę trudno było Leydę zatrzymać chociaż na chwilę, aby wykonać to zdjęcie… Ale się udało…

Koniec roku

Mija 2015 rok… Jutro będzie mało czasu na pisanie. Zatem słów kilka jeszcze dziś.
Pomimo burzliwych, zaskakujących i bardzo trudnych dni drugiej i trzeciej dekady grudnia, chcę ten rok wspominać przez pryzmat podroży życia. Kwietniowe dziesięć dni spędzone w kilku krajach zachodnioeuropejskich dało ogrom pozytywnych wrażeń. Niekończący się taniec obrazów, scen, widoków, panoram, krajobrazów, wyzwoliły we mnie głód fotografii. Zrobiłem ich mnóstwo… Staram się nimi dzielić z moimi blogowymi Gośćmi. Czasami mam takie poczucie, że „wypstrykałem” wtedy wszystkie kadry przydzielone na ten rok… Ale ten rok to też nowy członek rodziny – Golden Retriever Leyda, mająca już prawie dziesięć miesięcy. Działo się jeszcze wiele dobrego, były oczywiście i gorsze dni.
Teraz trzeba się zmierzyć z wyzwaniami 2016 roku. Cały czas w sercu w brzmią mi słowa życzeń jednego z moich Synów podczas Wigilii Bożego Narodzenia. Pośród wielu pięknych słów powiedział, że życzy mi „więcej optymizmu…” To dla mnie bardzo ważne przesłanie i bardzo ważne zadanie…
Życzę wszystkim Blogowiczom i Gościom mojej Strefy Stojaqa samych pozytywnych myśli, zdrowia, spełnienia wszystkich postanowień noworocznych, a dla miłośników fotografii wielu wspaniałych i niepowtarzalnych kadrów.
Dołączam kolejne zdjęcie z Wenecji…

P.S. Przyznaję się, że lewe oczko dołożyłem specjalnie…

Cover Bands

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJak bumerang powraca temat „coverbandów”. Czy tego typu grupy powinny grać muzykę wielkich gwiazd, czy nie? Zdania są podzielone. Jest wielka rzesza zagorzałych przeciwników, która wręcz ignoruje jakąkolwiek dyskusje na ten temat. Jest jednak liczne grono zwolenników takiego muzykowania. Do tej drugiej grupy ja się zaliczam. W poniższych punktach uzasadnię moje stanowisko w tej sprawie:

  1. Każdy zespół, nawet największe gwiazdy, na początku swego istnienia były „coverbandem”.
  2. Gdyby nie covery, muzyka klasyków, takich jak np.: F. Chopin, W.A. Mozart, J.S. Bach, nie byłaby obecna we współczesnym świecie.
  3. Czymże innym jak nie festiwalem coverów jest np. Konkurs Chopinowski?
  4. Odtwarzanie dzieł wielkich nieżyjących to swoisty hołd dla ich twórczości, to również uwiecznianie ich pięknych dzieł, ale również ogromny zaszczyt i spełnianie swoich pasji przez  muzyków „coverbandów”.

Zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy skontrują stwierdzeniem: nieżyjących artystów niech sobie grają inni, ale tych żyjących stanowczo NIE. Oczywistym jest, że jakość niektórych współczesnych „odtwórców” daje wiele do życzenia, ale i jakość grania i śpiewania niektórych żyjących jeszcze gwiazd jest, delikatnie mówiąc, słaba. Jeśli chodzi o mnie, wybieram muzykę „coverbandu” niż  upadającej gwiazdy, niszczącej swoją renomę i niewiedzącej kiedy zejść ze sceny na zawsze.
Na koniec piąty argument i koronny na korzyść muzyków odtwarzających dzieła gwiazd. Mam tu na myśli łzy wzruszenia Roberta Planta w trakcie wykonania przez siostry Wilson utworu „Stairway to Heaven”.
26 listopada b.r. byłem na koncercie grupy Pled Zepchlim, grającej covery Led Zeppelin (adres ich strony na facebooku: https://www.facebook.com/pledzepchlim/?fref=ts). Wspaniała zabawa, świetny warsztat artystów, gigantyczna i niezapomniana muza grana na żywo… Gratuluję muzykom i mam nadzieję na więcej…