Co u Leydy…?

Lyda już prawie osiągnęła dorosłość. Jest wyjątkowo grzecznym i karnym psem. Ma swoje ugruntowane miejsce w rodzinie, zrosła się z nami pod każdym względem. Nie wiem tylko jak to jest z tą Jej miłością do nas, ponieważ kocha każdego: listonosza, ogrodnika, poborcę opłat za wodę (o zgrozo!!!), kuriera i wszystkich, którzy nas odwiedzają. A największą miłością darzy dzieci.Taki pies…

Dziś najświeższa galeria naszej „Goldenki”.

Leyda-1252 — OdzyskanoLeyda-1255 — OdzyskanoLeyda-1268 — OdzyskanoLeyda-1278Leyda-1293Leyda-1301Leyda-1313Leyda-1320Leyda-1321Leyda-1323Leyda-1325Leyda-1277

Alemoon!!!

Ostatnie dni, a właściwie noce, września przebiegają pod hasłem „Big Moon”. Noc z niedzieli na poniedziałek była jedną z najbardziej fotogenicznych nocy w tym roku. Powstały niezliczone ilości pięknych i mniej pięknych zdjęć. Niektóre kolaże, zaprezentowane na facebooku, archiwizujące drogę Księżyca po nieboskłonie w tę noc, są naprawdę wyjątkowo urocze.
Wczorajszy wieczór też był piękny. Księżyc spacerował po niebie w towarzystwie niezbyt gęstych chmur: to wdzięcząc się swoją krągłością, to chowając leniwie za chmurnymi zasłonami. Przypomniał mi się nastrój z młodości, kiedy podczas takich kosmicznych spektakli zakładałem słuchawki na uszy i uzupełniałem wrażenia wzrokowe wrażeniami dźwiękowymi. Do takiej atmosfery pasowała najbardziej muzyka Pink Floyd – cała płyta „The Dark Side of the Moon” (szczególnie piękny utwór, skomponowany przez nieżyjącego już Richarda Wrighta, „The Great Gig in the Sky”), tytułowy kawałek z płyty „Obscured By Clouds” albo ostatni z tej płyty: „Absolutely Curtains”. Póki Łysy
jeszcze jest tak wyraźny, polecam wszystkim spróbować mojego przepisu na wieczorne oglądanie spektakli. Dołączam zatem jeden z wymienionych wyżej utworów, skomponowany przez (aż trudno dziś uwierzyć w taki duet) Gilmoura i Watersa i trzy zdjęcia z wczorajszego wieczoru.

Warsztaty Fotografii Podróżniczej OLYMPUS z Marcinem Dobasem

Nareszcie do Torunia dotarł ze swoimi warsztatami mój ulubiony fotograf – Marcin Dobas. Nie mogłem ominąć tego wydarzenia i oczywiście z wielką radością i zainteresowaniem wysłuchałem Jego wykładów na temat fotografii przyrodniczej. Bardzo dobrze poprowadzone wykłady uzupełnione zostały fachowymi radami i prezentacją sprzętu Olympusa, Eizo, Genesis i Hoya (aparaty, obiektywy, lampy, filtry, monitory stosowane do fotoedycji). Marcin Dobas jest jednym z pierwszych zawodowych fotografików, który dla aparatów bezlusterkowych zrezygnował całkowicie z lustrzanek. Jestem zwolennikiem takiego trendu i sam przesiadłem się z Nikona D700 na Olympusa OM-D E-M1.

Mistrz Marcin podzielił się z uczestnikami warsztatów pakietem fachowych porad, wynikających z Jego własnych doświadczeń, prezentując przy okazji wspaniałe zdjęcia. Co ważne Jego emanująca pasja fotograficzna, otwartość, dobry kontakt ze słuchaczami dodał spotkaniu wiele pozytywnych walorów. Czas przeznaczony na warsztaty minął niepostrzeżenie, ale sporządzone notatki i wspomnienia zostaną na dłużej…
Jeszcze w tym roku ma ukazać się książka o charakterze albumowym autorstwa Marcina Dobasa p.t. „FOTOWYPRAWY”  – polecam tę publikację! Zachęcam również do odwiedzin strony Fotografa http://www.dobas.art.pl.

PółPies…

Minęły dwa miesiące zawiązywania naszej przyjaźni. Leyda ma cztery i pół miesiąca i osiągnęła połowę docelowej wagi. Mamy już zatem w domu połowę naszego dorosłego psa… Rośnie w bardzo szybkim tempie. Aktualnie przechodzi wymianę zębów na nowoczesny i docelowy „garnitur”. Dziś własnie biega po ogrodzie z trzema kłami (mlecznymi jeszcze) – jeden zaginął w boju… Staje się coraz bardziej krnąbrna, pomimo regularnych zajęć z posłuszeństwa. I nie wiem, czy jest to wpływ na Nią małego Jasia, czy to Ona ma zły wpływ na Niego, ponieważ krnąbrność jest obopólna… Widocznie oboje weszli w okres buntu wobec otaczającego świata. Leyda przesypia już całą noc do 7:30 w tzw „czystości”, w domu stan sanitarny powoli wraca do okresu „przedpsiego”. Jest grzecznym i miłym psem, czasami dostaje głupawki biegając po ogrodzie. Można zauważyć wyraźnie budująca się miłość do psa od sąsiadów (chyba ze wzjemnością)…

Do wpisu załączam małą galerię aktualnych zdjęć.

Weggis

Zapraszam do oglądnięcia małej galerii zdjęć z krótkiego pobytu w Weggis – miejscowości, w której mógłbym zamieszkać choćby jutro… Wymienienie wszystkich zalet tego miejsca zajełoby mi dużo czasu, z czego wiele z nich to subiektywne odczucia, które inni nie koniecznie muszą podzielać. Jest tylko jeden powód, dla którego się tam nie przeprowadzę: lubię swoje obecne miejsce na Ziemi…
Już słyszę słowa: taki stabilny świat, bez debilnych polityków, prawdziwa demokracja (tam referenda są prawdziwym głosem ludu i są na porządku dziennym, a nie  tylko grą polityczną), bezpieczeństwo obywateli, piękno gór, delikatny klimat, itd, itp…
Ale niech tam, tu mi jest dobrze.
Oto Weggis:

Miesiąc minął…

© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 30 mm, f/11, 1/100 s, ISO 640

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 30 mm, f/11, 1/100 s, ISO 640

Czternastego czerwca – dokładnie miesiąc temu zawitał do nas nowy domownik na czterech łapach. Nie ma co ukrywać – bywa ciężko – jak to z dziecięciem. Ale „sierściuch” coraz bardziej bardziej wtapia się w nowy dom, a wzrokiem potrafi nas rozbroić nawet po największej rozróbie. Zaczęła się praca u podstaw nad układaniem szczenięcego charakterku. Pierwsze próby dają nadzieję na sukcesy – pies jest bardzo pojętny i chętny do nauki. Czas jednak skierować uwagę na inne tory – trzeba wziąć do ręki aparat… Trzeba zacząć przygotowania do koncertów – TOTO (24.06), Dream Theater (27.06) (właśnie w tle snują się nuty nowej płyty TOTO – Toto XIV). Trzeba przyznać, że Chłopcy trzymają formę i ciągle stać ich na komponowanie miłych dla ucha przebojów. Na czym polegają przygotowania do koncertu? Na słuchaniu, słuchaniu, słuchaniu, słuchaniu, słuchaniu muzyki…

A na deser dołączam kolejne zdjęcie Leydy.

Kultowe aparaty

HistRozwój technologii, czy pogoń za zyskami? Takie pytanie zadaję sobie patrząc na fotograficzny deszcz obfitości, trwający już od wielu lat. Mowa tu oczywiście o aparatach fotograficznych. Moja prawdziwa przygoda z fotografią rozpoczęła się już w dobie cyfrowych lustrzanek i niezliczonej liczby cyfrowych kompaktów. Nigdy nie doznałem uczucia wielkiej radości, gdy w ciemni z pomocą chemicznych odczynników, na papierze fotograficznym ukazywały się pierwsze kontury własnego zdjęcia. Kiedyś, w latach młodzieńczych, kolega zaprosił mnie na krótkie zwiedzanie swojej ciemni, gdzie mogłem posmakować tej niesamowitej atmosfery. Szkoda, że wtedy nie obudziła się we mnie fotopasja… Wrócę jednak do postawionego pytania. Czyż nie tęsknimy za aparatami kultowymi? Za takimi, co trwają na topie pięć, dziesięć lat? Co zabija kultowość aparatów fotograficznych? Zapewne rozwój technologii. Nie jestem osobą, która nie zauważa ogromnej dynamiki jej rozwoju. Nie jestem przeciwnikiem nowych technologii, wręcz odwrotnie. Czyż jednak, korzystając z nowych rozwiązań, nie można udoskonalać np. Nikona D700, D4, oferując właścicielom np. wymianę matrycy, procesora, systemu redukcji drgań, systemu czyszczenia matrycy….? A może tylko wystarczyłaby aktualizacja oprogramowania? Właściciel takiego sprzętu otoczony byłby czułą opieką serwisu. Zapewne wielu znawców tematu teraz mnie wyśmieje… Już słyszę padające pytania: a gdzie wykorzystanie doświadczeń naukowców pracujących nad upychaniem maksymalnej liczby pikseli, nad doskonaleniem algorytmów przeliczających dane, umożliwiających uzyskanie lepszych barw, wiekszych kontrastów, poszerzających liczbę Ev, zbliżając się do niemożliwego 20 Ev, charakterystycznego dla urządzenia, które stworzyła Natura, a które nazywa się okiem? A poza tym, przy takiej masie wyprodukowanych egzemplarzy, najlepszym serwisem jest przecież…. wymiana na nowy…
Tymczasem w segmencie lustrzanek można zanotować: serie aparatów dla początkujących, dla amatorów, dla średnio zaawansowanych amatorów, dla półprofesjonalistów, dla profesjonalistów… Do tego wiosną na rynek trafia model „5100” a jesienią „5200”, itd. Model „5100” specjalnie pozbawiony jest przez producenta np. łączności wifi, a w „5200” zabiera się obrotowość tylnego ekranu z „5100” i dodaje wifi… To jakaś paranoja, która ma na celu tylko dezorientację i drenaż kieszeni klienta. I tak jest również z bezlusterkowcami, kompaktami… Euforia szczęśliwego zdobywcy Olympusa OM-D E-M1 trwa zaledwie niecały rok, po czym producent zaczyna go „straszyć” nadchodzącym Mark II… Kpina z klienta, czy wyrachowanie? Zapewne jedno i drugie!
Jest jednak rynek aparatów, ktore mają symptomy kultowych. To aparaty średnioformatowe, przeznaczone dla profesjonalistów lub ludzi z nadmiarem gotówki, gdyż ceny w tym segmencie wahają się od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy złotych. Są to naprawdę fantastyczne urządzenia, ale ich kultowość (o ile można im ją przypisać) wynika z bardzo wysokiej i wygórowanej ceny.
Marzę o tym, aby kiedyś powstał kultowy aparat dedykowany zwykłym fotografom. Aby był królem pięć, dziesięć lat… Aby był wzorcem jak metr z Sevres pod Paryżem dla wszystkich innych aparatów…!

Lady Leyda

Oto Lady Leyda w szóstym tygodniu swojego życia. Piesek rośnie jak na drożdżach, karmiony głównie pokarmem suchym, wspomaganym zanikającymi zasobami mlecznymi swojej matki. Jutro ważny dzień kolejnych szczepień oraz ogólnego „przeglądu” u pana weterynarza. Mała ciągle pozostaje w sześcioosobowym stadku, ale już w przyszłym tygodniu pierwsze szczenięta zawitają do nowych domów. Nasza Leyda niestety musi jeszcze troszkę poczekać. Młodziaki, dzięki ogromnej pracy i zaangażowaniu hodowców, mają się naprawdę świetnie.

© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 12 mm, f/5.0, 1/20 s, ISO 1250

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 12 mm, f/5.0, 1/20 s, ISO 1250

Proszę Państwa oto… Lady Leyda

Leyda to nazwa doliny w Chile, leżącej ok. 10 km na wchód od nadmorskiej miejscowości San Antonio, kojarzonej ze słynną winnicą, z której wino „Leyda Reserva Syrah – Leyda Valley” należy już od wielu lat do moich ulubionych. Trudno znaleźć inne informacje na temat tej chilijskiej doliny niż te, które dotyczą winnicy. Trzeba jednak podkreślić, że trunki wytwarzane z owoców dojrzewających w Dolinie Leyda są naprawdę wyborne. Spieszę jednak z wyjaśnieniem, że wina nie będą nowym tematem Strefy Stojaqa.
Dnia 3 marca w rodzinnej hodowli psów na świat przyszła suczka rasy Golden Retriever, jako jedno z sześciorga szczeniąt. Maleństwo (na załączonym zdjęciu) w połowie maja zasili nasze rodzinne grono. I to właśnie ta suczka została nazwana pięknym imieniem, wywodzącym się od doliny pysznego wytrawnego wina. Póki co, mała żyje pod ścisłą i bezpieczną opieką matki, ciotki i babki oraz „ludzkich super opiekunów”, w odległości ok 100 km od jej przyszłego domu. Leyda będzie na pewno tematem wielu zdjęć mojego autorstwa, którymi będę się dzielił we wpisach w  Strefie Stojaqa. Trzymamy za Nią kciuki, niech rośnie i tryska zdrowiem.
© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 34 mm, f/5.6, 1/320 s, ISO 1600

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 34 mm, f/5.6, 1/320 s, ISO 1600

Dzień Wspomnień

zaproszenieSą takie dni, które niosą ze soba wiele miłych i niespodziewanych wrażeń. Ten z datą 09 lutego 2015 roku miał  wyjątkowe znaczenie. Nieczęsto mi się zdarza uczestniczyć w spotkaniach autorskich. Szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu dostałem taką szansę. Autor książki prawie 100 letni Jan Sobolewski, mój Ojciec Chrzestny, napisał i przy wsparciu wielu życzliwych ludzi, w tym najbliższej rodziny, doprowadził do wydania swoich wspomnień p.t. „ZAWIŁE DROGI ŻYCIOWE”. Zaproszenie na wieczór autorski przyszło pocztą (nie mailem!), w odstępstwie czasu, dającym szanse na dopasowanie planów do tego terminu, a nie tak, jak to się czyni obecnie na ostatnią minutę. Obecność oczywiście obowiązkowa, razem z Małżonką…! Zastanawiałem się tylko, ilu też będzie chętnych na spotkanie z osobą, która pisze o tak zamierzchłych czasach, ilu będzie chciało oglądać i słuchać Staruszka, opowiadającego o czasach niewyobrażalnie zamierzchłych? Pomyślałem nieskromnie – mam nadzieję, że nasza obecność oprócz spełnienia swoistego, rodzinnego obowiązku, poprawi frekwencję tej uroczystości… A tu dopiero niespodzianka..! W Sali Kolumnowej Wąbrzeskiego Domu Kultury ściany pękały w szwach!!! Rodzina bliska i daleka zebrała się jak w pospolitym ruszeniu! Do tego na sali: dyrektorzy i nauczyciele wąbrzeskich szkół, harcerze, przedstawiciele władz lokalnych, Wąbrzeźnianie… Szok!!! W tym codziennym plastikowym świecie, na chwilę znalazłem się w świecie magii – pełnej wzniosłości, szacunku i dumy z lokalnego Nestora.
Teraz przyszła kolej na lekturę tego wyjątkowego wydawnictwa…
książka