Moja stacja

Dziś nareszcie odwiedziłem moją stację Toruń Główny. Piszę moją, bo prawie dziesięć lat byłem jej gospodarzem i współgospodarzem. To, co się teraz stało było zawsze naszym marzeniem, lecz niestety nieosiągalnym. Wiadomo – brak kasy!!! Już w połowie lat 90-tych powstał zalążek planów modernizacji, które w wielu elementach pokrywają się z tym, co obecnie wykonano. Cały kompleks dworcowy prezentuje się pięknie, choć trudno nie zauważyć śladów niedoróbek. Szkoda, że na piętrze, gdzie kiedyś mieścił się mój gabinet, pomieszczenia świecą pustką. Szkoda też, że nie będą one służyć toruńskiej, wspaniałej kolejarskiej Braci.
Wrażenie robi podziemny ciąg komunikacyjny, który jednak można było wykonać, wbrew ówczesnym opiniom budowlańców, że nie będzie można się przebić na drugą stronę dworca z powodu pozostałości pod ziemią starych fragmentów nieistniejących już zabudowań. Dobrze się stało, ponieważ zniknęło bardzo niebezpieczne przejście dla pieszych w poziomie szyn pomiędzy peronem 2 i 1.
Jedno się tylko nie zmieniło na dworcu (oczywiście od chwili opuszczenia zawodowo tego miejsca przeze mnie) – brud i nieporządek!!!
Dołączam dwa zdjęcia:

 

Cover Bands

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJak bumerang powraca temat „coverbandów”. Czy tego typu grupy powinny grać muzykę wielkich gwiazd, czy nie? Zdania są podzielone. Jest wielka rzesza zagorzałych przeciwników, która wręcz ignoruje jakąkolwiek dyskusje na ten temat. Jest jednak liczne grono zwolenników takiego muzykowania. Do tej drugiej grupy ja się zaliczam. W poniższych punktach uzasadnię moje stanowisko w tej sprawie:

  1. Każdy zespół, nawet największe gwiazdy, na początku swego istnienia były „coverbandem”.
  2. Gdyby nie covery, muzyka klasyków, takich jak np.: F. Chopin, W.A. Mozart, J.S. Bach, nie byłaby obecna we współczesnym świecie.
  3. Czymże innym jak nie festiwalem coverów jest np. Konkurs Chopinowski?
  4. Odtwarzanie dzieł wielkich nieżyjących to swoisty hołd dla ich twórczości, to również uwiecznianie ich pięknych dzieł, ale również ogromny zaszczyt i spełnianie swoich pasji przez  muzyków „coverbandów”.

Zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy skontrują stwierdzeniem: nieżyjących artystów niech sobie grają inni, ale tych żyjących stanowczo NIE. Oczywistym jest, że jakość niektórych współczesnych „odtwórców” daje wiele do życzenia, ale i jakość grania i śpiewania niektórych żyjących jeszcze gwiazd jest, delikatnie mówiąc, słaba. Jeśli chodzi o mnie, wybieram muzykę „coverbandu” niż  upadającej gwiazdy, niszczącej swoją renomę i niewiedzącej kiedy zejść ze sceny na zawsze.
Na koniec piąty argument i koronny na korzyść muzyków odtwarzających dzieła gwiazd. Mam tu na myśli łzy wzruszenia Roberta Planta w trakcie wykonania przez siostry Wilson utworu „Stairway to Heaven”.
26 listopada b.r. byłem na koncercie grupy Pled Zepchlim, grającej covery Led Zeppelin (adres ich strony na facebooku: https://www.facebook.com/pledzepchlim/?fref=ts). Wspaniała zabawa, świetny warsztat artystów, gigantyczna i niezapomniana muza grana na żywo… Gratuluję muzykom i mam nadzieję na więcej…

Czas demontażu…

Wszystkie piękne w kolorach liście już opadły, zaczynając proces łączenia się z Matką Ziemią. Jesień to taki czas, gdzie nastroje panują raczej minorowe. Obserwując nieustanna walkę ciepła z zimnem, przytłaczani jesteśmy szalejącymi niżami oraz mniej szalonymi wyżami. W oczekiwaniu na białą, słoneczną zimę, staramy się przemykać między deszczami, załatwiając nasze codzienne i niezmienne obowiązki. Do tego Świat jesiennie zwariował, a Polska jakaś białoruska się robi… Czy to czas demontażu…? Na domiar tego nawet ja zacząłem demontaż, co widać na załączonym zdjęciu…
Czy każdy demontaż jest początkiem montażu? W przypadku mojego miniświata jestem pewien, że tak. W przypadku mojego ojczystego świata nie mam już takiej pewności. W przypadku makroświata liczę, że jeśli jest to demontaż, to proces ten będzie będzie dotyczył tylko „zła”, a wynik końcowy będzie dla „dobra” zwycięski.
Wracając na moje podwórko. Jak Feniks z popiołów do życia budzą się opuszczone przez życie, lecz pamiętające piękne czasy, stare mury.
Trzymam kciuki za wszystkie ręce, które delikatnie i z precyzją, odnawiają to, co się ledwo trzyma, nadając nową formę i nową siłę konstrukcjom, ścianom, dachowi…
Trzymam kciuki za głowy, a w nich za wiedzę tych, którzy planują i pilnują sztuki budowlanej…
Dzięki temu demontażowi jesień ma prawdziwe symptomy nadziei na wspaniały wynik montażu… Jest przy tym bardziej znośna i nieuciążliwa…

(i)(i)(i)

Nie sposób obojętnie przejść obok tego, co wydarzyło się w Paryżu… Nie sposób dziś umieszczać w sieci wpisy takie jak każdego dnia… Jestem bardzo poruszony, pełen obaw o przyszłość, ale i pełen nadziei, że morderców dosięgnie sprawiedliwa i dotkliwa kara. Składam Paryżanom, Francuzom, Europejczykom, Mieszkańcom Tego Świata wyrazy głębokiego współczucia i solidarności. Pamiętajmy, że celem tych morderców jest po pierwsze: wywołać  nasz strach, po drugie: skierować naszą złość (i nie daj Boże nienawiść) na tych biedaków, którzy przed nimi uciekają . Nie dajmy się sprowokować…!!!

Cymbaline

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW dniu „zawieszenia” pomiędzy klimatycznym koncertem grupy RPWL, która w bydgoskim klubie Kuźnia zaserwowała nam klimat z londyńskiego klubu Marquee, emitując w systemie kwadrofonicznym odlotową muzyką Pink Floyd z końca lat sześćdziesiątych XX wieku, a jutrzejszą premierą nowej płyty Davida Gilmoura, proponuję wgryźć się na chwilę w klimat niezwykłej improwizacji, krótkiego przecież w oryginale, utworu. Wtedy  to właśnie kiełkował prawdziwy rock progresywny, podlany obficie sosem totalnej psychodelii. Proszę Państwa oto Cymbaline, zaśpiewane przez jakże młodego i przystojnego Gilmoura z bujną czupryną.

40 lat (prawie)minęło… jak jeden dzień…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKiedy jesienią 1975 roku z głośników mojego radia popłynęła muzyka nowej płyty Pink Floyd wiedziałem już, że będzie to mój faworyt… Im więcej przesłuchań, tym bardziej umacniała się moja opinia na jej temat. Jako nastolatek zafascynowany muzyką Pink Floyd, nieomal bez przerwy z czerwonymi słuchawkami Tonsilu na uszach, wlewałem w siebie psychodelię: „Set the Controls for the Heart of the Sun”, „Interstellar Overdrive”, „Careful With That Axe, Eugene”, czy” A Saucerful of Secrets”… W 1975 roku z pasją wsłuchiwałem się w kolejne dzieło stworzone przez 29 letniego Davida, 32 letnich Rogera i Richarda i 32 letniego Nicka. Pomimo oszałamiającego sukcesu „The Dark Side Of The Moon”, muzycy nie osiedli na laurach i stworzyli jeszcze piękniejsze dzieło, choć bez porównywalnego z poprzednim wydawnictwem sukcesu komercyjnego. Dla mnie jest to jedno z najwspanialszych dzieł rockowych w historii muzyki. Progresywny klimat jaki stworzyli Twórcy, dojrzałe wykorzystanie nowinek elektronicznych (np.: VSC3), piękne teksty Watersa i doskonała, jak na tamte czasy, jakość techniczna nagrań powodują, że materiał zamieszczony na płycie „Wish You Were Here” jest do dziś świeży i nadal bardzo głęboko wnika w świadomość słuchacza, bawiąc go i zmuszając do kontemplacji.
Na szczęście udało mi się w 1975 roku nagrać muzykę nowej płyty Pink Floyd na magnetofon ZK-120, podłączony do radia (dziękuję Panie Piotrze), lecz okładkę budowałem w mojej wyobraźni jedynie z barwnych opowiadań prezentera radiowego. Wyobraźnia okraszona sączącą się z radia lub z głośników magnetofonu muzyką tworzyła mistyczną, wręcz fanatyczną atmosferę wokół tego wydawnictwa. To był hymn, niepokornych i lekko wyalienowanych z otaczającego środowiska, licealistów w małej miejscowości. Dopiero za kilka lat mogłem winyl „Wish You Were Here” wziąć w ręce jako nieomal najświętszą rzecz. Egzemplarz, który wtedy trzymałem w dłoniach nie był moją własnością i jeszcze długo musiałem poczekać na otwarcie własnej foliowej koperty w kolorze totalnej czerni, z metalowym uściskiem umieszczonym pośrodku. Dziś mój stosunek do „Wish You Were Here” nadal jest niezmienny i jej czterdziestolecie na pewno uczczę przesłuchaniem i kontemplowaniem utworów: „Shine on You Crazy Diamond part I i II”, „Welcome to the Machine”, „Have a Cigar” i tytułowego – „Wish You Were Here”.
Wiem, że poniżej zacytowane fragmenty tekstu, zaczerpnięte z obu części suity „Shine on You Crazy Diamond”, skierowane były przez muzyków Pink Floyd do Syda Barretta, ale ja zadedykuję je teraz „duchowi” wielkiej muzyki, niepodzielnie panującemu wśród nut czterdziestoletniej jubilatki:
„…Rode on the steel breeze
Come on You Raver, You Seer of visions,
come on You Painter, You Piper, You Prisoner, and shine!…
…Come on You Boy Child, you Winner and Loser,
Come on You Miner for truth and delusion, and shine!”
Jako smaczek muzyczny dołączam link do Shine On Crazy Diamond part II oraz kilka ilustracji zdjęciowych.

PF-9100007 PF-9100009-2 PF-9100015

Autorytet

Dziś odbiegnę od tematyki fotograficznej. Oglądałem przed chwilą zdjęcia z rozpoczęcia roku szkolnego w mojej średniej szkole, zamieszczone na Facebooku. Przypomniałem sobie swoje szkolne czasy i mojego Dyrektora LO. Natychmiast w mojej głowie pojawiło się hasło: AUTORYTET. W czasach mojej licealnej edukacji w gabinecie dyrektora szkoły można było się znaleźć tylko z dwóch powodów: po odebranie najsurowszej kary lub największej nagrody. Gabinet dyrektorski oraz sam Dyrektor był skrupulatnie chroniony przez roztaczającą się aurę Jego autorytetu, wzmacnianą przez Grono Pedagogiczne. Pan Dyrektor z największą skrupulatnością piastował swą funkcję, budując autorytet urzędu i stanowiska, budząc podziw nas młodych i buntowniczych uczniaków. Był to przecież zwykły człowiek, z wszelkimi pospolitymi wadami i zaletami. Ale jednak, wraz z najbliższym otoczeniem, potrafił zadbać o najwyższe standardy i niezwykłą jakość piastowanego stanowiska. Z wielkim szacunkiem wspominam tego nieżyjącego już Człowieka.

Z podobnym autorytetem miałem do czynienia w swojej pierwszej pracy. Człowiek zarządzający kilkudziesięciotysięczną rzeszą kolejarzy wypracował taki autorytet, że z nieskrywaną dumą mieniłem się Jego podwładnym. Kultura osobista, wiedza, stanowczość i spokojny, zdecydowany głos, a także ta lekko wykrzywiona, uśmiechnięta, pełna mądrości twarz pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Też już Go nie ma między nami.

I kolejny autorytet, z cudownych przyczyn ciągle żyjący, to mój stuletni Wuj. Oficer kampanii wrześniowej, pedagog, wielki patriota. Jego rola w naszej bardzo licznej rodzinie jest nie do przecenienia. To Wielka Księga mądrości, doświadczenia i wiedzy. Niezwyklej kultury osobistej, znajomości ludzkiej natury, pełen delikatności w prezentowaniu swoich poglądów, głębokiej wiary i szczerej, lecz nie narzucającej się, praktyki religijnej. Człowiek słuchający, wsłuchujący się i wysłuchujący. Nigdy nie narzucający swoich poglądów, szanujący każdego człowieka. Do tego prawdziwy, niedościgły dla nas „współczesnych” facetów – Gentelmen. Aż dziw, że po bezpardonowym i niekończącym się ataku zła, braku kultury osobistej, nienawiści, nietolerancji i całej reszty tego wszystkiego na „nie”, ten Człowiek nadal jest autorytetem i w niczym nie zmienił cech swojego charakteru.

Czy kiedyś zabraknie nam autorytetów? Czy obecnie nie zbyt łatwo podważamy ich bezsprzeczność? Czy zamiast szukać, kreować nowe i czcić i utrwalać stare, nie jesteśmy świadkami unicestwiania tej potrzebnej w każdym społeczeństwie „instytucji”?

P.S.

Dołączam zdjęcie zamyślonego nad moim tekstem Szekspira…

O fotografowaniu…

© 2015 by stojaq

© 2015 by stojaq

Jak to jest z tym fotografowaniem..? Czy jest to proces ciągły, czy poszarpany okresami totalnej nieaktywności? Dla fotografujących zawodowo, albo wręcz zarobkowo, odpowiedź jest oczywista… Musi to być proces ciągły!!! Nie ma chwil na sentymenty – albo zdjęcia, albo brak kasy!? Dla artystów (w tym gronie są też zawodowcy) wena, czyli aktualny stan ducha i umysłu sprzyjający tworzeniu, jest warunkiem koniecznym powstania ciekawych prac. U wielu wena trwa, trwa i trwa… Trzeba to oddać niektórym profesjonalnym artystom, że co „pstryk” to dzieło sztuki! Zapewne nie tylko wena jest elementem decydującym, ale również, ogólnie ujmując, indywidualne cechy charakteru fotografa,  umiejętności i doświadczenie. Bardzo podoba mi się wypowiedź Petera Ten Hoopena, holenderskiego fotografa, który w wywiadzie dla Digital Camera Polska powiedział, cytuję: „Wydaje mi się, że wszystkie moje projekty (fotograficzne – dod. stojaq) są transparentym odzwierciedleniem uczuć, nastroju, etapu w życiu, w jakim się znajduję.” Nic więcej nie można dodać… Zgadzam się z tą wypowiedzią.

Ocena fotografii

aparat-2aW sieci istnieje wiele portali, które proponują umieszczanie własnych fotografii swoim czytelnikom. Często łączy się to z możliwością wstawiania komentarzy, ocen innym fotografom. Sam korzystam z takich możliwości, ciesząc się z każdego komentarza. Staram sie przy okazji utrzymywać proporcje: co najmniej jedno moje wstawione zdjęcie za dziesięć wstawionych przeze mnie komentarzy innym fotografom. Jakie są to komentarze? Pozytywne, dobre, neutralne, często dowcipne, inteligentne, sympatyczne. Rzadko negatywne, chociaż nie brak takich osób, którym sprawia przyjemność „dołożenie” komuś nawet za zwykłe zdjęcie. Sam przyznaję, że moje komentarze nie są zbyt twórcze, ale przy takiej ilości zdjęć prawie niemożliwym byłoby napisanie każdej kreatywnej i wnikliwej oceny. Chciałbym jednak pracować nad jakością swoich komentarzy i częściej dokonywać głębszej analizy pojedynczych obrazów moich ulubionych artystów. Dla tych, którzy chcieliby przyłączyć się do pracy nas swoimi ocenami i komentarzami, przdstawiam listę porad i sugestii, które mogą być przydatne:

  1. Jakie myśli przywołuje oglądane zdjęcie? Jakie uczucia, a może wspomnienia wywołuje? Jeśli zdjęcie się podoba, trzeba (chociaż krótko) napisać dlaczego?
  2. W jaki sposób układ kadru i zastosowane proporcje wpływają na zdjęcie?
  3. Czy ze zdjęcia emanuje równowaga? Dynamiczna, czy statyczna? Jeśli nie ma równowagi, to jakie wywołuje wrażenia?
  4. Czy zastosowana jest jedna z reguł podziału kadru?
  5. Czy światło jest ostre, czy rozproszone? Z jakiego kierunku pada i jaki ma wpływ na zdjęcie? Czy wprowadza wyjątkowy nastój? Czy odkrywa lub zasłania elementy kadru?
  6. Jaką ogniskową zastosowano na zdjęciu (rybie oko, szeroki, standardowy, wąski kąt)?
  7. W jaki sposób wybrany obiektyw wpływa na zdjęcie (np. skraca perspektywę, zwiększa głębię ostrości, daje piękne bokeh)?
  8. Jaki wpływ na końcowy efekt ma zastosowanie konkretnego czasu otwarcia migawki i zastosowana przysłona?
  9. Czy na zdjęciu są linie rzeczywiste, czy sugerowane układem elementów?
  10. Czy zastosowane linie prowadzą oko w określonym kierunku, czy dają równowagę, może sugerują związek elementów kadru?
  11. Czy w kadrze są elementy powtarzające się? Jaki ma to wpływ na zdjęcie?
  12. Jakie są kontrasty na zdjęciu (kolorystyczne, tonalne, tematyczne, itd)?
  13. Czy w kadrze umieszczono elementy dominujące, nadające zdjęciu swoistą wymowę?

Nie trzeba przy pojedynczej ocenie stosować się do wszystkich podpowiedzi, ale im więcej ich wykorzystamy, tym bardziej nasza ocena (komentarz) podniesie swoją atrakcyjność.

Jestem fotografem niecierpliwym…

 HistPrzeczytałem w wywiadzie z Karolem Nienartowiczem, zamieszczonym w kwietniowym wydaniu Digital  Camera, że „życie pokazuje, iż najlepsze zdjęcia robią ci, którzy wiedzą, gdzie i po co jadą”. Oczywista racja. Chcesz zrobić wspaniałe zdjęcia przygotuj się do nich perfekcyjnie: przeanalizuj mapy, prognozy pogody, odwiedź miejsca planowanych sesji, zrób swoisty rekonesans, załaduj plecak całym niezbędnym sprzętem, wykorzystaj tylko te dwie najcenniejsze złote godziny, itd, itp. A co jeśli jest się fotografem niecierpliwym..? Czy zdanym się jest jedynie na fotografię reportażową? Niestety jestem fotografem niecierpliwym… Cecha ta w moim przypadku niewątpliwie odnosi się nie tylko do mojego ulubionego hobby… I cóż zrobić z tym obciążeniem? Próbowałem zdyscyplinować się, poczynić profesjonalne przygotowania… Na nic to się zdało – jestem dalej fotografem niecierpliwym… Sam chyba nie wiem ile mnie ta niecierpliwość kosztuje w przeliczeniu na mistrzowskie ujęcia, niepowtarzalne kadry… Jednak dla mnie najważniejsza jest autentyczna wewnętrzna potrzeba, ten sygnał płynący z głębi duszy, kiedy oczy jakby inaczej zaczynają postrzegać otoczenie, kiedy świat układa się w moim mózgu w poszczególne obrazki – łapię szybko, energicznie za aparat i niecierpliwie wyzwalam migawkę – czasami coś z tego wychodzi…