Artystyczna matematyka

Czy słabość do nauk ścisłych jest w kontrze do inklinacji artystycznych?
Oczywiście, odpowiedź brzmi nie… Jest wiele przykładów mędrców tego świata, którzy łączyli zamiłowanie do nauk ścisłych z zacięciem artystycznym. Dla przykładu podam chociaż Leonarda da Vinci.
Ostatnio naszły mnie wspomnienia z dawnych lat… Uświadomiłem sobie ze smutkiem, że właściwie to nic nie zostało po moich notatkach z matematyki i fizyki z okresu studiów. Bardzo mi brak tych pamiątek.
Szkoda, że nie mogę wrócić do wykładów z matematyki i do fantastycznych ćwiczeń z fizyki na Politechnice Warszawskiej. Były to podróże w nieznane mi wtedy światy, nie do końca zrozumiałe. I jeśli mam dziś czegoś żałować, to właśnie tego, że w dalszym ciągu po ukończeniu studiów, tak hobbystycznie dla przyjemności, nie pogłębiałem wiedzy z matematyki wyższej, probabilistyki i fizyki kwantowej…
Jestem przekonany, że matematyka była „pra-zawiązką” mojego dzisiejszego, artystycznego spojrzenia na otaczający świat. Bo jakże można zagłębić się w arkana prawdziwej sztuki nie badając przy tym ekstremum krzywych i obliczać argumentów funkcji n-tego stopnia, spacerować po całkach powierzchniowych, swobodnie posługując się narzędziami analizy matematycznej, w tym rachunkiem różniczkowym i całkowym, elementami analizy liczb zespolonych…
Ileż piękna i delikatności jest w sformułowaniach typu: „przestrzeń Banacha i Hilberta”, ileż niespotykanych i prawdziwie wciągających niespodzianek jest w twierdzeniach i metodach rachunku różniczkowego funkcji jednej i wielu zmiennych, w zagadnieniach związanych z optymalizacją, poszukiwaniem ekstremów lokalnych i globalnych oraz w umiejętności badania przebiegu zmienności funkcji. Czyż nie brzmi wspaniale: „wyznaczanie parametrów rozkładu zmiennej losowej o rozkładzie dyskretnym i ciągłym” lub „zastosowanie twierdzenia granicznego i prawa wielkich liczb do szacowania prawdopodobieństw”, albo w końcu: „przestrzeń probabilistyczna, prawdopodobieństwo klasyczne i geometryczne”, „zmienna losowa jednowymiarowa i dystrybuanta”, „podstawowe rozkłady dyskretne: dwupunktowy, dwumianowy, równomierny dyskretny, wielomianowy, Poissona, geometryczny, hipergeometryczny”…??? Uff… Wystarczy…
Nauki ścisłe są jak wulkan wszechogarniającego artyzmu. Matematyka i fizyka to królowe nauk i od nich wszystko się zaczyna: rytm muzyki, składnia , syntaktyka, łączenie kolorów…
Z wdzięcznością wspominam takie osoby, jak m. in.: Panią prof. Alina Taichert – Gaidę, Pana prof. Jerzego Pusza i Pana dr. Tadeusza Tymosza… To była piękna niezapomniana przygoda…

I co dalej?

Właściwie to miałem zamiar ten wpis opublikować wcześniej, gdy zachodziły odpowiednie okoliczności ku temu. Teraz temat jest już trochę nieaktualny, lecz jak znam życie, pojawi się na tapecie niebawem. O czym to miałem pisać? O braku konsekwencji…
Spośród niewątpliwie obszernej listy moich wad, jedną z najbardziej mi doskwierających jest właśnie brak konsekwencji… Jestem typem człowieka o charakterze zadaniowym. Zaplanować, zebrać stosowne środki, zrealizować zadanie i… znudzić się tym, co zrobiłem. Niestety tak jest ze wszystkim: z pracą, gdzie byłem wykonawcą niestandardowych i trudnych projektów, z fotografią, z czynnym uczestnictwem w Galerii Świata Obrazu, z pisaniem blogów, z pisaniem książek… Najpierw wielki zapał, potem totalne oddanie się projektowi, a na końcu… znudzenie. Czy ktoś z Was też tak ma…?
Ostatnio zmobilizowałem się i pojawiły się nowe zdjęcia, nowe wpisy na blogu, zacząłem pisać kolejną książkę. Robię to z wielką radością, znowu czuję entuzjazm. Oby tym razem ten stan rzeczy trwał jak najdłużej.
Być może powodem mojego braku konsekwencji jest zbyt wiele sroczych ogonów, za które pociągam…? To jest bardzo prawdopodobne, dlatego też postanowiłem zrobić przegląd swoich aktywności i ograniczyć się tylko do tych najważniejszych. A zatem:
– Niniejszy blog („Strefa Stojaqa”) będzie kontynuowany jako jeden z naważniejszym moich projektów,
– Pisanie – to, co lubię najbardziej… Jest już zalążek czwartej książki, więc życzcie mi powodzenia,
– Fotografia – moje hobby i nie mogę się z nim rozstać. Chociaż jestem mniej aktywny fotograficznie, to trzymanie przy oku wizjera mojego „Olka” sprawia mi nadal ogromną frajdę.
– Galeria Świata Obrazu – za długo się znam z moimi Przyjaciółmi – Galernikami, żebym się miał z nimi pożegnać. Pierwsze swoje zdjęcie umieściłem tam 3 maja 2013 roku (niedługo stuknie pięć lat).
Niestety przyszedł czas na pożegnanie się z „blogiem bezglutenowym”… Pod znakiem zapytania stawiam też stronę fotograficzną www.fotostojaq.com i pisarską www.jacekdelt.com
Przy okazji pozdrawiam moich przyjaciół z galerii Świata Obrazu i przepraszam ich za zbyt małą ilość komentarzy. Pozdrawiam też wszystkich Gości odwiedzających Strefę Stojaqa.
A zatem – do dzieła…

Powrót z wakacji

Trochę się wydłużył mój pobyt na blogowych wakacjach… I gdyby to były jeszcze wakacje pełne intensywnych i interesujących wyjazdów… Za wyjątkiem kilku wypadów weekendowych nie zaliczyłem żadnego spektakularnego urlopu poza domem. Jednakże te dwa miesiące z okładem mogę zaliczyć do udanych, tym bardziej, że w międzyczasie na świecie pojawił się mój kolejny potomek, noszący moje nazwisko. Jest to dla mnie wielka radość i szczęście.
Od kilku dni zastanawiałem się nad przyszłością bloga… Wiem, że jeśli zaprzestanę pisania, to już to tego nie wrócę. Tak już mam… często zapalam się wielkim ogniem, aby po pewnym czasie przygasnąć… Jest to cecha mojego charakteru, którą trudno mi przezwyciężyć. Walczę z tym całe życie i nie mogę się pochwalić spektakularnym sukcesem.
Zmobilizowały mnie jednak ostatnie polubienia, za które jestem Gościom niezwykle wdzięczny. Pomyślałem: „jeśli mnie ktoś tu ciągle odwiedza, to chyba warto pisać”. A tak przy okazji, to nigdy do końca nie wiem, czy te wpisy są naprawdę czytane, czy tylko zaznaczany jest znaczek „lubię” i to na tyle…? Gdy pojawia się bezcenny komentarz, to wtedy otrzymuję znak, że mój wpis zaczął żyć. Dziękuję zatem tym, którzy zaszczycili mnie swoim komentarzem. Jeśli ktoś przeczytał mój tekst, będącym kropelką w internetowym oceanie, to jest dla mnie wielkie osiągnięcie i radość z tego tytułu.
Narazie nie zmieniam formuły bloga. Będę kontynuował wstawianie cytatów, okraszonych moim zdjęciem, po których nastąpi krótki, bądź nieco dłuższy komentarz. Nadal będę się posiłkował mądrościami moich ulubionych filozofów.
Ciągle mam nadzieję na większą ilość zdjęć… W międzyczasie zrobiłem porządek z moim sprzętem fotograficznym. Większość mojego ulubionego systemu Nikona poszła w świat (mam nadzieję, że w dobre ręce), w zamian ograniczyłem się do systemu bezlusterkowego Olympusa. Póki co, najwięcej zdjęć pstrykam moim wnukom, ale tymi pracami nie będę się z Państwem dzielił, bo taką mam zasadę. Jak pogoda się poprawi, to w końcu ruszam w plener z nowym zapałem i chęcią focenia…
Czy będę udostępniał wpisy na Facebooku i Twitterze? Jeszcze nie zdecydowałem… Muszę to jeszcze przemyśleć…
A… jeszcze jedno. Nie straciłem zupełnie tych dwóch miesięcy z punktu widzenia pisarskiego. Prace nad trzecią książką trwały cały wakacyjny czas, chociaż ze zmniejszoną intensywnością.
Witam zatem po urlopie i zachęcam do odwiedzin mojego bloga 🙂

Pisarskie przemyślenia

„Moja pierwsza książka została przyjęta bardzo pozytywnie, a w niektórych kręgach wręcz zaskakująco entuzjastycznie“.
Powyższe zdanie brzmi jak informacja o super wydawnictwie, które stutysięcznym nakładem zrobiło furorę w świecie książek. Prawda jest inna: książka wydana niewielkim nakładem dotarła najpierw do najbliższych, a potem do wąskiego grona odbiorców spoza rodziny. Wyrażam wdzięczność wszystkim tym, którzy ją nabyli i przeczytali. Jestem bardzo szczęśliwy z powodu zainteresowania się moją twórczością.
Ale jakoś nie widzę szans na większy sukces komercyjny w najbliższej przyszłości…
Czy reakcja rynku na moją powieść jest adekwatna? Oczywiście tak. Po pierwsze: nie jestem znanym pisarzem, którego powieści schodzą na pniu z półek księgarskich. Po drugie: nie jestem numerem jeden dla wydawnictwa, które wzięło mnie pod skrzydła. Po trzecie: wydawnictwo nie dysponuje takim budżetem, który zapewniłby właściwą promocję książki. W związku tym z pokorą odnoszę się do niezmiennej w swej treści informacji płynącej z wydawnictwa: „nie ma potrzeby dodruku…”
Pojawia się w tym momencie zasadnicze pytanie: pisać dalej, czy dać sobie spokój?
Pisać, oczywiście, że pisać…!
W historii literatury są różne przykłady motywacji, którą kierowali się lub kierują pisarze, tworząc swoje dzieła. Są tacy, którzy po pierwszym sukcesie komercyjnym piszą dalej dla kasy. Mało tego, zaczęli z pisania żyć… Jak nie będą wydawać nowych hitów, to nie będą mieli z czego zapłacić za światło…
Inni będą na pisaniu budować swoją potęgę ekonomiczną. Kupią kolejny dom i jeszcze lepszy samochód…
Są też tacy pisarze, którzy w zasadzie są zawodowo i ekonomicznie ustawieni i piszą mając w perspektywie powiększenie swoich zasobów.
Jeszcze inni będą pisać, pisać, pisać aby zarobić…, a i tak nikt nie wyda ich książek, oni dalej będą egzystować w swoim ubogim świecie.
Ale znam też przypadki osób, które piszą bo chcą, bo muszą, bo jest to ich pasja, bo pisząc przenoszą się do swojego świata i guzik ich obchodzi, czy ktoś wyda ich książkę i czy w ogóle ktoś ją przeczyta. Tworzą i żyją dla samej twórczości. Nie piszą tego, co czytelnik chce przeczytać, lecz to, co wypływa z ich serca.
Która twórczość jest mi bliższa? Ta pisana z głębi samego siebie…
Jestem w szczęśliwej sytuacji, że mam możliwość pokrycia kosztów wydawniczych własnymi środkami. Wiem jak trudno się przebić w wydawnictwie, licząc na sfinansowanie kosztów wydania swojego dzieła. Ja nie muszę się borykać z takimi dylematami. Piszę i płacę sam za siebie…
Jest jeszcze inne pytanie: czy moje kolejne książki będą „poczytne”? Ktoś zapyta: co to znaczy poczytność? Czy to jest dziesięciu odbiorców, czy stu? A może tysiąc lub dziesięć tysięcy? Odpowiem krótko i jednoznacznie: każda osoba, która poświęci swój czas na przeczytanie książki, której jestem autorem, jest dla mnie bezcenna… To jest już „poczytność“ z mojego punktu widzenia. I to jest pierwszy powód, dla którego będę dalej wydawał swoją twórczość. Drugi powód, to ogromna satysfakcja z dokończenia dzieła. Całe życie jestem fanem dzieł skończonych. Podjąć się czegoś i to skończyć, to wielka frajda… Trzeci powód to możliwość tworzenia. Jestem stworzony do tworzenia… Nigdy nie lubiłem demontażu, demolki, rozbiórki, likwidacji. Uwielbiam uczestniczyć w procesie tworzenia. Tak było zawsze i tak pozostanie…

Recenzja Wydawcy

okladka_mala_do_jedynki_v1Jest mi niezmiernie miło załączyć recenzję książki „Przypadki Juliana #”, którą napisał mój Wydawca:

„Czym jest PRL? Pytanie wydaje się łatwe, odpowiedź już nie tak oczywista. Przez szereg powojennych lat, właściwie aż do dzisiaj, skrót ten stał się niemal słowem-kluczem do czasów już minionych, czasów… No właśnie, jakich? Skomplikowanych? Trudnych? Jeśli tak, to pod jakim względem? Pustych półek sklepowych, donosicielstwa, wszechobecnej i wszechwładnej jedynej partii? Ale czy aby tylko? Daleki jestem od gloryfikowania tego systemu, wręcz odwrotnie – cieszę się, że minął i mam nadzieję, że już nigdy nie wróci. Ale o jednym często zapominamy. PRL to nie tylko te i wiele innych negatywnych cech. Ale to także – a właściwie – przede wszystkim ludzie. Nie tylko aktyw partyjny, nie tylko oficerowie służb, ale zwykli ludzie, żyjący wtedy i tam, mający swe radości, ale także małe i duże problemy.
Codzienne życie w PRL-u można pokazać na wiele sposobów – filmem, zdjęciem, opowieścią. Fotograf, pisarz i bloger – Jacek Delt – który urodził się, dorastał i dojrzewał w tamtych czasach zdecydował się przywołać je na kartach książki.
Powieść „Przypadki Juliana #” – tak ją zatytułował – przenosi nas aż do lat 50., do małego miasteczka Brzeźna. Jakże trudna wydaje się ta podróż! Bez samochodów, telefonów komórkowych, czy internetu ówczesne życie toczyło się zupełnie innym tempem, tak bardzo dziś obcym. Śmiem jednak sądzić, że łatwiejszym i bardziej akceptowalnym. Dzisiejszy pęd za wszystkim (a może za „nie-wiadomo-czym”?) prowadzi donikąd, albo – co gorsza – w niewiadome. Tymczasem w Brzeźnie 60 lat temu ludzie rodzili się, żyli i umierali, troszcząc się o siebie i swoich najbliższych w zupełnie inny sposób. Nawet w dużo większej Warszawie, która także pojawia się na kartach książki, życie toczy się zupełnie inaczej, niż dziś.
Podróż w czasie w latach PRL-u zaczyna się w latach 50., a kończy nieco ponad 30 lat później. Towarzyszymy bohaterom w ich codziennej pracy zawodowej, w przygodach szkolnych, pierwszych miłościach, chorobach i początkach dorosłości, a wszystko to na tle prawdziwych wydarzeń: przemarszu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, wyboru Karola Wojtyły na papieża, czy wprowadzenia stanu wojennego. Jednakże, „Przypadki Juliana #” nie są reportażem. Życie w PRL-u dało podstawę do stworzenia powieści, ale wątki PRL-owskie przeplatają się z wątkami współczesnymi, by na sam koniec mocno zaskoczyć. To znakomite rozwiązanie nie tylko wciąga czytelnika, budząc pytanie: „O co tu chodzi?”, ale także – przez zestawienie ze sobą obu okresów – pozwala porównać i docenić to, co było i to, co jest.”

Macphun Software

Opisując swoje zdjęcia na blogu często wspominałem o wykorzystaniu do obróbki progamu FX Photo Studio Pro. Jest to produkt firmy deweloperskiej  Macphun Software. I nie to jej jedyny produkt… Oprócz tej aplikacji korzystam jeszcze z:

  • Intensify Pro – pozwalającego na uzyskanie lepszych efektów pod wzgędem ostrości, wyodrębneinia detali i ulepszenia kontrastu,
  • Tonality – służącego do zaawansowanej obróbki zdjęć w przestrzeni b&w,
  • Snapheal – idealnego narzędzia do usuwania zbędnych elementów z kadru,
  • Noiseless Pro – śłużącego do usuwania szumów,
  • ColorStrokes – kreatywnego narzędzia do edycji kolorów,
  • Focus 2 – tworzącego wspaniałe efekty rozmycia,
  • Filters for Photos – zestawu przeróżnych filtrów typu vintage, analog, farby olejne, komiksy i inne.

I najnowszy mój nabytek – Aurora HDR 2017 – wspaniałe narzędzie do tworzenia zdjęć o dużej rozpiętości tonalnej HDR. Można tu łączyć kilka zdjęć zrobionych w systemie bracketingu, lub przygotować z jednego „surowego” zdjęcia np. trzy kadry o wartości ekspozycji „0”, ujemnej i dodatniej. Aurora składa to we wspaniałe kadry HDR, które można jeszcze edytować, wykorzystując szereg rozbudowanych narzędzi. Dziś dołączam dwa zdjęcia, jedno po typowej obróbce w Lightroomie, drugie HDR, uzyskane w Aurorze.

Ale to nie koniec – nadchodzi Luminar, nowy twór Macphun, potężny kombajn do obróbki zdjęć, który dla wielu miłośników fotografii będzie alternatywą dla Photoshopa. Jego premiera odbędzie się w dniu 17 listopada b.r.

 

Zmiany, zmiany, zmiany…

Nie jestem miłośnikiem stagnacji – lubię zmiany. Mam też złe nawyki rozdrabniania wszystkiego na czynniki pierwsze… Czasami brak konsolidacji jest zgubny i przynosi negatywne skutki. Tak też jest z moim blogopisaniem. Kilka miesięcy temu rozpocząłem pisanie bloga o tematyce z filozoficznej. Zawiera on cytaty m.in. starożytnych stoików. Do tych cytatów dodaję swoje przemyślenia. Założyłem do tego nowe konto na facebooku, tweeterze, nie mówiąc już o wordpressie… I szczerze mówiąc zaczynam się w tym gubić… Uciążliwym stało się ciągłe wylogowywanie z jednego konta, dla potrzeb drugiego, a potem znowu na odwrót… Poza tym, gdy jeden blog jest aktywnie zasilany wpisami, drugi przeżywa stagnację… Rozmawiałem niedawno o tym z jednym z blogerów, bardzo doświadczonym, który jest niezwykle aktywny w tej działalności. Powiedział: „dlaczego więcej niż jeden blog…? Przecież to wszystko o czym piszesz na blogach, wszystkie umieszczane zdjęcia, linki do utworów muzycznych – to jest Strefa Stojaqa… Wystarczy skonsolidować oba środowiska w jeden i będzie dużo lepiej i łatwiej”. Jak to dobrze posłuchać czasami kogoś, kto ma duże doświadczenie… Postanowiłem zatem połączyć blogi stojaq.me z epictetjack.com. Zabieg ten będzie polegał na systematycznym dodawaniu do Strefy Stojaqa wpisów z epictetjack.com, z datami pierwotnego pojawiania się ich w sieci. A do tego zmiana, która dotyczy już tego wpisu – nowa szata graficzna. Dodatkowo w menu dodałem bezpośredni dostęp do wpisów epictetjack. Mam nadzieję, że nowości spodobają  moim Gościom…?

27 lutego 2016

Bardzo lubię robić zdjęcia pokazujące kontrasty. Właściwie to kontrasty mieszczące się w kadrze zdjęcia są podstawowym warunkiem, aby zdjęcie stało się ciekawe i zatrzymujące na dłużej wzrok oglądających. O kontrastach w fotografii pisałem więcej we wpisie: https://stojaq.me/2015/02/01/kontrasty-w-fotografii/ . Na załączonym zdjęciu można zauważyć kontrasty: starego i nowego, szorstkiego i delikatnego, owalnego i liniowego. Czy ktoś widzi jeszcze inne kontrasty? Proszę o komentarze…

Moja stacja

Dziś nareszcie odwiedziłem moją stację Toruń Główny. Piszę moją, bo prawie dziesięć lat byłem jej gospodarzem i współgospodarzem. To, co się teraz stało było zawsze naszym marzeniem, lecz niestety nieosiągalnym. Wiadomo – brak kasy!!! Już w połowie lat 90-tych powstał zalążek planów modernizacji, które w wielu elementach pokrywają się z tym, co obecnie wykonano. Cały kompleks dworcowy prezentuje się pięknie, choć trudno nie zauważyć śladów niedoróbek. Szkoda, że na piętrze, gdzie kiedyś mieścił się mój gabinet, pomieszczenia świecą pustką. Szkoda też, że nie będą one służyć toruńskiej, wspaniałej kolejarskiej Braci.
Wrażenie robi podziemny ciąg komunikacyjny, który jednak można było wykonać, wbrew ówczesnym opiniom budowlańców, że nie będzie można się przebić na drugą stronę dworca z powodu pozostałości pod ziemią starych fragmentów nieistniejących już zabudowań. Dobrze się stało, ponieważ zniknęło bardzo niebezpieczne przejście dla pieszych w poziomie szyn pomiędzy peronem 2 i 1.
Jedno się tylko nie zmieniło na dworcu (oczywiście od chwili opuszczenia zawodowo tego miejsca przeze mnie) – brud i nieporządek!!!
Dołączam dwa zdjęcia:

 

Cover Bands

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJak bumerang powraca temat „coverbandów”. Czy tego typu grupy powinny grać muzykę wielkich gwiazd, czy nie? Zdania są podzielone. Jest wielka rzesza zagorzałych przeciwników, która wręcz ignoruje jakąkolwiek dyskusje na ten temat. Jest jednak liczne grono zwolenników takiego muzykowania. Do tej drugiej grupy ja się zaliczam. W poniższych punktach uzasadnię moje stanowisko w tej sprawie:

  1. Każdy zespół, nawet największe gwiazdy, na początku swego istnienia były „coverbandem”.
  2. Gdyby nie covery, muzyka klasyków, takich jak np.: F. Chopin, W.A. Mozart, J.S. Bach, nie byłaby obecna we współczesnym świecie.
  3. Czymże innym jak nie festiwalem coverów jest np. Konkurs Chopinowski?
  4. Odtwarzanie dzieł wielkich nieżyjących to swoisty hołd dla ich twórczości, to również uwiecznianie ich pięknych dzieł, ale również ogromny zaszczyt i spełnianie swoich pasji przez  muzyków „coverbandów”.

Zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy skontrują stwierdzeniem: nieżyjących artystów niech sobie grają inni, ale tych żyjących stanowczo NIE. Oczywistym jest, że jakość niektórych współczesnych „odtwórców” daje wiele do życzenia, ale i jakość grania i śpiewania niektórych żyjących jeszcze gwiazd jest, delikatnie mówiąc, słaba. Jeśli chodzi o mnie, wybieram muzykę „coverbandu” niż  upadającej gwiazdy, niszczącej swoją renomę i niewiedzącej kiedy zejść ze sceny na zawsze.
Na koniec piąty argument i koronny na korzyść muzyków odtwarzających dzieła gwiazd. Mam tu na myśli łzy wzruszenia Roberta Planta w trakcie wykonania przez siostry Wilson utworu „Stairway to Heaven”.
26 listopada b.r. byłem na koncercie grupy Pled Zepchlim, grającej covery Led Zeppelin (adres ich strony na facebooku: https://www.facebook.com/pledzepchlim/?fref=ts). Wspaniała zabawa, świetny warsztat artystów, gigantyczna i niezapomniana muza grana na żywo… Gratuluję muzykom i mam nadzieję na więcej…