Yes

Prawdę mówiąc nie miałem już nadziei na to, że zobaczę jeszcze kiedyś zespół Yes na żywo, na koncercie. Po śmierci Chrisa Squire’a zespół pozostał bez jednego ze swoich filarów. Zresztą i tak od wielu lat panowie spod „tak” mówili sobie „nie”. Obecnie aktywne są dwa zestawienia muzyków pretendujących do miana kontynuatorów tej super grupy. Jeden z nich w składzie Steve Howe, Alan White, Jon Davison, Geoff Downes i Billy Sherwood wydali nawet nowy materiał, drugi pod nazwą Yes Featuring Jon Anderson, Trevor Rabin, Rick Wakeman, rozpoczęli właśnie trasę koncertową z set listą nawiązującą do przeszłości.
I na ten koncert właśnie wybrałem się wspólnie z żoną, miłośniczką Yes na żywo.
Najpierw z sukcesem wygraliśmy prawie trzygodzinną walkę o życie na autostradach A1 i A2, potem w nagrodę otrzymaliśmy piękny widok z dziewiętnastego piętra na warszawskie City.

Koncert weteranów yesowych poprzedził godzinny występ rodzimej grupy SBB, będącej w świetnej formie. O godzinie 20:30 na scenę weszli główni bohaterowie. Oprócz panów: Andrsona, Rabina i Wakemana, skład uzupełnili: perkusista Lou Mollino III i basista Ian Hornal, który również w chórkach zastępował niezapomnianego Chrisa.
Panowie przypomnieli sporo kawałków z czasu albumów „90123”, „Big Generator” z „Owner Of A Lonely Heart” i „Changes” na czele oraz dużo starsze hity „And You And I” czy „Roundabout”. Nie zabrakło również dłuższego utworu z dorobku grupy. Tym razem był to „Awaken”, którego niezmiennie plasuję w trójce utworów progresywnych wszechczasów. Kilkakrotnie słuchałem tej suity na koncertach i za każdym razem interpretacja na żywo nie zbliżyła się do doskonałości wersji studyjnej. W niedzielny wieczór ten piękny utwór popsuł Trevor Rabin, który ambicjonalnie nadal chce się znacząco różnić ze Stevem Howem w stylu gry na gitarze. Brakło tu Stefana i tyle! Zresztą jak już jestem przy Trevorze, to muszę z przykrością stwierdzić, iż był on najsłabszym ogniwem zespołu. Jedynie dobrze radził sobie w kawałkach granych z albumów, na których wystąpił jako gitarzysta i wokalista. Niestety i wokal i technika gry dużo dawały do życzenia. Natomiast Jon Anderson wypadł według mnie wspaniale. Ten 74 letni artysta wspaniale poradził sobie z wymagającymi liniami śpiewu, był prawdziwym frontmanem i urzekającym artystą. Chylę głowę przed Jego artystyczną wielkością. Rick Wakemen w długiej, obszytej świecącymi cekinami pelerynie, prezentował się wspaniale za bogato wyposażonym stanowiskiem klawiszowca. Pomimo, że rączki już nie tak zgrabne, dawał sobie radę bardzo dobrze. Szczególnie w „Awaken”. Jeśli chodzi o pozostałych muzyków, to bardzo dobre wrażenie na mnie zrobił basista, który świetnie radził sobie z trudnymi liniami melodycznymi autorstwa niezapomnianego Chrisa. Do tego wyśmienicie uzupełniał wokale, do tej pory śpiewane przez Squire’a. Perkusista młody gość, pomimo jednej wpadki bardzo dobrze trzymał wysoki poziom.
Zatem, koncert świetny, gdyby nie Trevor… Zabrakło bezsprzecznie Howa, który z wielką estymą dla publiczności nigdy się nie oszczędza, zawsze gra na wielu instrumentach i nie stosuje w tym zakresie chociażby najmniejszych uproszczeń. Chwała mu za to.
Gdyby ktoś zapytał, czy pójdę jeszcze raz na koncert tego yesowego składu? Oczywiście że tak. Bawiłem się dobrze i z radością posłuchałem na żywo starych, dobrych, progresywnych kawałków.

Potem był długi powrót do hotelu i kolejne piękne widoki z okna…

Następny dzień zwieńczyliśmy spacerem po Łazienkach…


A na koniec kolejna walka o życie na A2 i A1…
Ale… warto było!

Cyfrowa ciemnia

Dziś zmiana tematu… Przyszedł czas na powrót zagadnień fotograficznych.
Pomimo wielu różnych zajęć staram się nie zrywać z moim hobby, dołączając do kolejnych wpisów na blogu nowe fotografie oraz te z cyfrowej szuflady. Od września na stałe rozstałem się z lustrzanką, przechodząc na system bezlusterkowy. Jak dziś patrzę na niektóre stare zdjęcia wykonane kiedyś Nikonem D700, to mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłem. Ciekawe, czy uda mi się osiągnąć takie efekty Olympusem… Cóż decyzja, choć niełatwa, została podjęta, a Olek M1 Mark II spisuje się naprawdę znakomicie. Ale nie to jest dziś tematem przewodnim.
Wielkim przełomem w moim fotograficznym worflow jest zmiana narzędzia do wywoływania surowych zdjęć RAW. Od wielu lat byłem wierny ulubionemu programowi Photoshop Lightroom. Pracowałem na „trójce” „czwórce”, „piątce”, szóstce”… dałem się nawet skusić na CC, a ostatnio na Calssic CC. Ale robi się coraz drożej, a cenowa alternatywa pomiędzy LCC z 1 TB chmurą a Photoshopem CC wraz z Lightroomem CC i Classic CC mnie nie przekonuje. Może zabrzmieć to po amatorsku, ale bardziej mi potrzeba dobrej cyfrowej ciemni niż aplikacji do tworzenia fotomontaży…
Usługi udostępniania aplikacji w chmurze stają się coraz popularniejsze, a producenci zmuszają nas do zamiany produktu z pudełka z wieczystą licencją na abonament w chmurze. A co, jeśli chmura zawiedzie…? No właśnie, pomimo faktu, iż korzystam namiętnie z rozwiązań „cloudowych”, to zawsze systematycznie robię backupy na twardym dysku (najlepiej zewnętrznym). Ale wróćmy do cyfrowej ciemni…
Śledząc fora internetowe przeczytałem artykuł o programie stworzonym przez deweloperów ze teamu Phase One System, który słynie z produkcji m.in. jednego z najlepszych profesjonalnych aparatów średnioformatowych. Otóż grupa speców i zapaleńców z Phase One stworzyła aplikację do wywoływania zdjęć „Capture One”.
Obecnie dostępne jest już dziesiąte wcielenie tego programu. Bardzo bogaty w narzędzia, intuicyjny w obsłudze, z interfejsem w języku polskim jest wspaniałą przeciwwagą dla „chmurnego” Lightrooma. Niesamowite możliwości konfigurowania swojej przestrzeni roboczej, tworzenie własnych skrótów klawiszowych, szybka obsługa słów kluczowych i bardzo skuteczne algorytmy podstawowych czynności, wykonywanych w trakcie wywoływania RAW-ów, to tylko niektóre zalety tego „ciemniowego kombajnu”.
Capture One mnie urzekł i nie mogę się od niego oderwać… Jestem jeszcze cały czas na etapie poznawania jego cech i możliwości, ale już wiem, że wydane pieniądze na wieczystą licencję nie poszły na marne.
Mam takie wrażenie, że zdjęcia są teraz bardziej uporządkowane, lepiej skatalogowane. Właśnie tworzenie katalogów i sesji pozwala na łatwe zapanowanie nad wielką ilością zdjęć, która pojawiła się na moich dyskach. Czekam teraz na wersję C1 na iOS…
Jestem pewien, że Capture One zostanie ze mną na dłużej, ale… Lightrooma 6 w wersji pudełkowej, po jego ostaniej aktualizacji, na wszelki wypadek jeszcze zatrzymałem. Może dlatego, że ma dużo

lepsze odszumianie niż C1…?
Czy macie jakieś doświadczenia w pracy z cyfrową ciemnią?

Dołączam zdjęcie zrobione jeszcze Nikonem D700, którego będę mile wspominał…

Kulkowy świat

Ostatnio w trakcie fotograficznych spacerów nie rozstaję się z magiczną szklaną kulą, która przewraca świat do góry nogami… Wiem, że zdjęcia nie są doskonałe technicznie i nadal ćwiczę, aby poprawiać ich jakość. Najsłabsze są te, powstałe przez kulę trzymaną w dłoni. Ale i w tym przypadku niektóre bywają ciekawe. Nie mogę się jednak powstrzymać przed pokazaniem swoich prac na blogu. Dziś znowu kolejne „kuliste zdjęcie”…