Cyfrowa ciemnia (powracający temat)

Jak bumerang powraca temat aplikacji do cyfrowego wywoływania surowych RAW-ów. Tego typu informatyczne narzędzie jest niezbędne każdemu, kto para się fotografią. Czy to zaawansowany amator, czy też profesjonalista – bez cyfrowej ciemni ani rusz. W swoim blogu pisałem już wielokrotnie o swoich fascynacjach takimi programami. Nie tak dawno zachwycałem się możliwościami Capture One 10, jeszcze wcześniej Luminarem. Największą estymą jak do tej pory cieszy się u mnie jednak Adobe Lightroom. Gdyby nie to, że Adobe przeszło właściwe całkowicie na udostępnianie aplikacji w systemie abonamentowym, pozostawiając wersję pudełkową samą sobie (no dobrze serwując jej jeszcze kilka aktualizacji), nie myślałbym o niczym innym. Pomimo swojego pozytywnego stosunku do wszelkich „chmurnych” rozwiązań, narzędzie do cyfrowej obróbki wolą mieć w wersji „stacjonarnej”. OK, wiem, że Lightroom w wersji „cloud” jest regularnie aktualizowany i nie trzeba wydawać kolejnych pieniędzy na zakup uaktualnień. Zrezygnowałem zatem z cloud, zostałem przy L6 i rozglądałem się za alternatywą.
Najpierw spróbowałem Luminara. Niezły, choć się nie pokochaliśmy. Narzędzia do obróbki standardowe, co go pozytywnie wyróżnia to wbudowane liczne presety, pogrupowane tematycznie. W wersji „2018” znalazło się ponad 100 takich presetów oraz 40 filtrów. Program pozwala na korektę wad optycznych obiektywów oraz pracę nad perspektywą. Nie brakuje masek, klonowania i pędzli. Zakup apki raz i na zawsze…? Nie do końca. Gdy pojawia się nowa wersja, to i tak upgrade trzeba dokupić. Nie ma uaktualnień za darmo…
Następna alternatywa to Capture One, o którym w wersji „10” pisałem na blogu w tym miejscu: CapturOne. Trzeba przyznać, że jest to potężne narzędzie używane przez wielu profesjonalnych fotografów. Przez długi czas byłem urzeczony tym programem. Potem zapał lekko ostygł, pomimo że miał to coś, co bardzo lubię – wersję polską i naprawdę bardzo przejrzysty interfejs. Ale czy to jest najważniejsze? Oczywiście nie. Niestety mnie zniechęcił trochę ten jego system sesji i katalogów. To, co dla innych jest pewnie idealnym rozwiązaniem, u mnie, przyzwyczajonego do katalogowania w/g AL, powodowało lekki chaos i bałagan. Pewnie poświęciłem mu zbyt mało czasu. I co? Wróciłem do Lightrooma 6… Porównania obu programów dokonał Jakub Kaźmierczyk na łamach Fotoblogii
Ale nie byłby sobą, gdybym nie próbował dalej. Niedawno „wpadł mi w ręce” Pictorial. Prosty, intuicyjny, bez „wodotrysków”. To naprawdę miły i prosty w obsłudze program. Zainstalowałem, uruchomiłem, otworzyłem surowy plik RAW dla Olka, czyli ORF i… I nic… Nie czyta. Zaskoczony wysłałem maila do dewelopera w prośbą o ustosunkowanie się do tej dziwnej sytuacji. Przecież Olympus OM-D E-M1 mII to nie jest puszka, która pojawiła się na rynku wczoraj… W odpowiedzi przeczytałem, że w niektórych nowych MacBookach taki problem występuje. Pomimo tego, że po kilku dniach wszystko działało, aplikacja nie zdobyła mojej aprobaty. Nie używam jej i koniec…
Kolejny kombajn, który wziąłem na tapetę to DxO PhotoLab 2. Deweloper poinformował wcześniej, że nie będzie już tej aplikacja rozwijał, ale jednak pojawiła się nowa wersja. I bardzo dobrze. DxO ma bardzo bogatą historię, nie jest to nowa, ani znikająca gwiazda wśród narzędzi w cyfrowej ciemni. To pozytywnie postrzegany produkt z wieloma ciekawymi funkcjami. Po odkupieniu od Google pakietu Nik Collection, program uzyskał wiele nowych rozwiązań takich, jak chociażby U Point do lokalnej korekcji obrazu, czy ClearView Plus lub Smart Lighting. Wprowadzono również ciekawe rozwiązanie do katalogowania i wyszukiwania plików graficznych. Rzeczywiście po zastosowaniu nowych algorytmów DxO zdjęcie o bardzo słabym zakresie tonalnym odzyskuje swoją wartość. Dla przykładu zamieszczam poniżej dwie fotki: jedna prosto z „puszki”, druga po obróbce w DxO. Dużym plusem w aplikacji stworzonej przez Francuzów jest możliwość przechodzenia ze zdjęciem z DxO do Lightrooma, z zachowaniem zmian, zastosowanych w tej pierwszej apce. DxO chwali swój produkt za największą na rynku bazę aparatów i obiektywów, co pozwala szybko i sprawnie korygować wady optyczne tych drugich i korzystać z bogatych profili tych pierwszych. Niestety jest jak dotąd najwolniejszy z wszystkich, które testowałem. Brakuje mi też systemu słów kluczowych, tak wspaniale funkcjonującego w Adobe. Być może, że po kolejnych próbach nauki modułu wyszukiwania w DxO, słowa kluczowe nie będą mi potrzebne… W połączeniu z pakietami Nic Collection 2018, DxO FilmPack 5 i DxO ViewPoint 3, to już jest naprawdę potężne narzędzie.
I znowu w tekście pojawia się Adobe Lightroom…?
Temat aplikacji do obróbki RAW-ów ledwo co tu liznąłem. Oprócz tych wymienionych wyżej jest dużo więcej dostępnych. Są darmowe i płatne z jednorazową licencją lub też (jak AL) w abonamencie. Każdy może wybrać taki, który jest dla niego najwygodniejszy. Co ważne, większość z nich pozwala na dowolne zaprojektowanie swojego własnego workflow.
Ja na pewno nie pożegnam się z Lightroomem. Zbyt mocno się związaliśmy przez wiele lat, a poza tym takiej redukcji szumów jak u niego nie spotkałem jeszcze w żadnym innym programie…

Parada Citroenów ad 2015

Ponad trzy lata w mojej elektronicznej szufladzie leżał surowy materiał z toruńskiej parady citroenów, która odbyła się w lipcu 2015 roku.
Czekał na lepsze czasy, czyli…? Odpowiedź już znam… Lepsze czasy nastały z chwilą pozyskania 5.700 presetów do Lightrooma. Ta liczba jest wręcz oszałamiająca i już teraz wątpię, że wszystkie kiedyś wykorzystam… Jest wśród nich naprawdę wiele świetnych stałych ustawień, które zapewne przydadzą się w trudzie cyfrowego wywoływania zdjęć. Album „Parada Citroenów” powstał właśnie z wykorzystaniem tego wspaniałego narzędzia. Zamieszczone w nim zdjęcia zabytkowych aut uzyskały swoisty nastrój, nawiązujący do fotografii analogowej. Jak zwykle w takim przypadku co odbiorca, to inna ocena. Zapraszam zatem do zapoznania się z zasobem albumu i wyrobienia własnego zdania na temat zamieszczonych tam fotografii.

P.S. Materiał obarczony jest niestety ingerencją filtra rozmycia gaussowskiego… ;(

Zaproszenie

Coś ostatnimi czasy na moim blogu nie można zauważyć większego ruchu. Zapewne wynika to z braku mojej aktywności. Przyznam, że i nowej książce poświęcam zbyt mało czasu. Ale to się na pewno zmieni. Jesienne szarugi, nowy, wygodny fotel do gabinetu, taki miałem nadzieje będzie klimat tej jesieni, który zawsze sprzyja mojej wenie… A tymczasem fotela nadal nie ma (jest ciągle na produkcji), a na dworze… no cóż zamiast szarugi, wiatrów, deszczy i smętnie spadających liści z drzew, mamy piękne lato z temperaturą powyżej dwadziestu stopni. Aura zachęca do spacerów, biegania, prac ogrodowych, których o tej porze roku jest bez liku. Gdzie tu miejsce na pisanie…?
OK, to się wytłumaczyłem… Aby jednak być sprawiedliwym wobec siebie dodam, że właśnie skończyłem niewielkie przeróbki na mojej stronie autorskiej www.jacekdelt.com. Celem zmian było większe zintegrowanie tej witryny z blogiem oraz podkreślenie znaczenia fotografii w moim „twórczym życiu”. Dzięki coraz większym możliwościom wix.com w sieci pojawiły się albumy fotograficzne, mające unikatowy adres internetowy. Pozwoliło mi to uzupełnić pustkę, która doskwierała mi po likwidacji strony „fotostojaq”.
Na dziś są to trzy albumy, do obejrzenia których uprzejmie zapraszam:
– „Toruń widziany przez szklaną kulę” – www.toru-widziany-pr-1.jacekdelt.com
– „OKna” – www.okna.jacekdelt.com
– „Kolejowe impresje” – www.kolejowe-impresje.jacekdelt.com
Życzę wszystkim miłych wrażeń w trakcie pobytu w fotograficznym świecie stojaqa oraz jak najdłużej panującego ciepłego, jesiennego lata…

Kulkowy Toruń (i)

Już od dłuższego czasu planowałem kolejny fotograficzny spacer po Starym Mieście w Toruniu. Nareszcie pokonałem wszelkie przeciwności, które nie pozwalały mi zrealizować swoich planów. Udało się…
Tym razem zabrałem ze sobą oprócz ulubionego zestawu OM-D E-M1 mII plus M.ZUIKO DIGITAL ED 12-100 mm 1:4.0 IS PRO, moją magiczną szklaną kulę. Dziś prezentuję pierwszą część zdjęć z cyklu „Kulkowy Toruń”. Mam nadzieję, że pomysł innego spojrzenia na moje ukochane miasto przypadnie Państwu do gustu…

Niedzielny wypad do Wąbrzeźna

Pamiętam jak chciałem się wyrwać na zawsze z tego miasta… Miałem wtedy osiemnaście lat… Pragnąłem życia w wielkiej aglomeracji, w tłoku i hałasie wielkomiejskich ulic. Zaznałem tego wszystkiego i nadal lubię bicie serca metropolii. Jednak z wielką chęcią wracam do miasta, w którym spędziłem swoje dzieciństwo i młodość. Tym miastem jest kilkunastotysięczne Wąbrzeźno, wykpiwane wielokrotnie przez znanego celebrytę ze znanej prywatnej stacji telewizyjnej, niejakiego KW. Żal mi gościa, bo widać nie zna uczucia jakim można darzyć swoje miejsce rodzinne.
Podziwiam, jak tętni życie kulturalne w takim małym mieście. Latem nie ma weekendu, żeby nie działo się coś ciekawego. Jest tak dlatego, że to miasteczko ma kogoś, komu się po prostu CHCE. Głęboko się kłaniam z szacunkiem tym, którzy poświęcając swój niejednokrotnie prywatny czas, organizują mieszkańcom i turystom ciekawe imprezy plenerowe (i nie tylko plenerowe).
W ostatnią niedzielę znowu odwiedziłem swoje ulubione miasto i na rynku oglądałem zlot starych samochodów. Wspaniała impreza, a ja z niej zamieszczam kilka fotografii. Są one wypadkową mojego punktu widzenia tego wydarzeni. Starałem się pomijać szerokie ujęcia, skupiając się na szczegółach i odbiciach w wylakierowanych karoseriach pięknych aut…
Czy się Wam spodobają…?

Yes

Prawdę mówiąc nie miałem już nadziei na to, że zobaczę jeszcze kiedyś zespół Yes na żywo, na koncercie. Po śmierci Chrisa Squire’a zespół pozostał bez jednego ze swoich filarów. Zresztą i tak od wielu lat panowie spod „tak” mówili sobie „nie”. Obecnie aktywne są dwa zestawienia muzyków pretendujących do miana kontynuatorów tej super grupy. Jeden z nich w składzie Steve Howe, Alan White, Jon Davison, Geoff Downes i Billy Sherwood wydali nawet nowy materiał, drugi pod nazwą Yes Featuring Jon Anderson, Trevor Rabin, Rick Wakeman, rozpoczęli właśnie trasę koncertową z set listą nawiązującą do przeszłości.
I na ten koncert właśnie wybrałem się wspólnie z żoną, miłośniczką Yes na żywo.
Najpierw z sukcesem wygraliśmy prawie trzygodzinną walkę o życie na autostradach A1 i A2, potem w nagrodę otrzymaliśmy piękny widok z dziewiętnastego piętra na warszawskie City.

Koncert weteranów yesowych poprzedził godzinny występ rodzimej grupy SBB, będącej w świetnej formie. O godzinie 20:30 na scenę weszli główni bohaterowie. Oprócz panów: Andrsona, Rabina i Wakemana, skład uzupełnili: perkusista Lou Mollino III i basista Ian Hornal, który również w chórkach zastępował niezapomnianego Chrisa.
Panowie przypomnieli sporo kawałków z czasu albumów „90123”, „Big Generator” z „Owner Of A Lonely Heart” i „Changes” na czele oraz dużo starsze hity „And You And I” czy „Roundabout”. Nie zabrakło również dłuższego utworu z dorobku grupy. Tym razem był to „Awaken”, którego niezmiennie plasuję w trójce utworów progresywnych wszechczasów. Kilkakrotnie słuchałem tej suity na koncertach i za każdym razem interpretacja na żywo nie zbliżyła się do doskonałości wersji studyjnej. W niedzielny wieczór ten piękny utwór popsuł Trevor Rabin, który ambicjonalnie nadal chce się znacząco różnić ze Stevem Howem w stylu gry na gitarze. Brakło tu Stefana i tyle! Zresztą jak już jestem przy Trevorze, to muszę z przykrością stwierdzić, iż był on najsłabszym ogniwem zespołu. Jedynie dobrze radził sobie w kawałkach granych z albumów, na których wystąpił jako gitarzysta i wokalista. Niestety i wokal i technika gry dużo dawały do życzenia. Natomiast Jon Anderson wypadł według mnie wspaniale. Ten 74 letni artysta wspaniale poradził sobie z wymagającymi liniami śpiewu, był prawdziwym frontmanem i urzekającym artystą. Chylę głowę przed Jego artystyczną wielkością. Rick Wakemen w długiej, obszytej świecącymi cekinami pelerynie, prezentował się wspaniale za bogato wyposażonym stanowiskiem klawiszowca. Pomimo, że rączki już nie tak zgrabne, dawał sobie radę bardzo dobrze. Szczególnie w „Awaken”. Jeśli chodzi o pozostałych muzyków, to bardzo dobre wrażenie na mnie zrobił basista, który świetnie radził sobie z trudnymi liniami melodycznymi autorstwa niezapomnianego Chrisa. Do tego wyśmienicie uzupełniał wokale, do tej pory śpiewane przez Squire’a. Perkusista młody gość, pomimo jednej wpadki bardzo dobrze trzymał wysoki poziom.
Zatem, koncert świetny, gdyby nie Trevor… Zabrakło bezsprzecznie Howa, który z wielką estymą dla publiczności nigdy się nie oszczędza, zawsze gra na wielu instrumentach i nie stosuje w tym zakresie chociażby najmniejszych uproszczeń. Chwała mu za to.
Gdyby ktoś zapytał, czy pójdę jeszcze raz na koncert tego yesowego składu? Oczywiście że tak. Bawiłem się dobrze i z radością posłuchałem na żywo starych, dobrych, progresywnych kawałków.

Potem był długi powrót do hotelu i kolejne piękne widoki z okna…

Następny dzień zwieńczyliśmy spacerem po Łazienkach…


A na koniec kolejna walka o życie na A2 i A1…
Ale… warto było!