Obrazki z wystawy

W listopadzie można oglądnąć wystawę moich zdjęć w Wąbrzeskim Domu Kultury. Każdy, kto chciałby zetknąć się z moją twórczością, ma okazję to zrobić do dnia 27.11.2019. Dla tych, którzy nie mogą tam być załączam link do wystawionych prac. Zestaw 50 fotografii jest przekrojem mojej twórczości, nie mają one tematycznego, wspólnego mianownika i nie są wynikiem zamkniętego projektu. ZAPRASZAM

 

Album pachnący lawendą

Kilka dni temu zakończyłem pierwszy etap wywoływania zdjęć z Prowansji. Namacalnym wynikiem tej pracy jest album p.t. „Fotowyprawa pachnąca lawendą”, który został przekazany do druku. Satysfakcję mam podwójną, gdyż praca nad nim została przeze mnie wykonana od „A” do „Z”. Oczywiście zdjęcia są mojego autorstwa, tekst również, ale i skład oraz łamanie druku i grafiki w Adobe inDesign. Jestem bardzo zadowolony z tego, że porwałem się na takie zadanie. Już przed albumem miałem do czynienia z tym doskonałym programem Adobe, ponieważ składałem osobiście „Władzę”, która jak wspominałem na blogu, nie ukazała się do tej pory w wersji wydrukowanej. Praca nad albumem połączyła moje pasje: do fotografowania, do pracy graficznej na surowych kadrach i do pisania.
A wracając do pierwszego zdania tego wpisu: był to pierwszy etap, gdyż kolejne będą odświeżoną wizją tego, co zrobiłem dotychczas. Dla mnie pstryknięcie zdjęcia to tylko wstęp do artystycznego zagłębiania się w tematykę obrazu. Wiele ze starych kadrów potrafi uzyskać nowe oblicze po wielu latach, kiedy to po raz kolejny zabieram je do cyfrowej ciemni.
Pochłania mnie i niesamowicie wciąga praca w Capture One, czy też w DXO z jego FilmPackiem, ViewPointem i Nik Collection. Ostatnio często otwieram Exposure X5 oraz wspaniały program do stackingu – HeliconFocus. Niesamowita funkcja FocusStacking w Olympusie daje szerokie możliwości w pracy nad głębią ostrości w zdjęciach makro. Wspaniały i stale rozwijający się Lightroom coraz bardziej oddala się ode mnie.
Album „Fotowyprawa pachnąca lawendą” w wersji wydrukowanej odbiorę z drukarni w pierwszej dekadzie listopada i potem znajdzie się w sprzedaży.
Poniżej okładka albumu.

P.S.
Korzystając z okazji polecam gorąco „kociany” blog dla miłośników (i nie tylko) tych pięknych zwierzaków domowych. Oto link do bloga: https://wymruczanyblog.wordpress.com
Szczególnie ciekawie zapowiada się opowieść o Alfredzie…

Nie pobiegnę w ”wąbrzeskiej dziesiątce”…

Nie pobiegnę 7 września w „wąbrzeskiej dziesiątce”…
A było tak blisko, ale… Może od początku…
Biegać zacząłem w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Robiłem tylko dla siebie, dla własnego zdrowia. W tamtych czasach jogging nie był popularny na ulicach, skwerach i parkach polskich miast. Ludzie oglądali się za mną ze zdziwieniem, patrzyli na mnie biegającego jak na jakiegoś dziwoląga. Jak to dobrze, że teraz wszystko się zmieniło. Aktywność fizyczna stała się modna i nareszcie doceniana. Raduje mnie widok ludzi biegających, rowerzystów, kijkarzy.
A co było dalej ze mną? Potem była zbyt długa przerwa, w trakcie której zapuściłem się na kilkanaście kilogramów… Wtedy powiedziałem dość i nastąpiła radykalna zmiana.
Regularnie biegam od 10 lat. Nie biję rekordów, nie wyznaczam sobie nierealnych celów. Raz tylko uczestniczyłem w zorganizowanych zawodach, reszta przebytych tras była tylko dla siebie i w swoim towarzystwie…
W tym roku, dla uczczenia własnych okrągłych urodzin postanowiłem przebiec „wąbrzeską dziesiątkę”.
Decyzja niełatwa, ale… no cóż tym razem… chyba w końcu trzeba…
Przygotowania rozpocząłem dużo wcześniej.
Ze zgłoszeniem swojego udziału miałem czas do 15 sierpnia, więc nie spieszyłem się… Wiadomo, w pewnym wieku kondycja może zawieść z dnia na dzień.
W końcu przyszedł czas na wysłanie formularza zgłoszeniowego. I… za późno…!
Ku mojemu zdumieniu został ustalony limit biegu głównego w liczbie (nomen omen) „666” (regulamin), a głównym organizatorem biegu i zapewne pomysłodawcą „limitu” jest ktoś, kto ma dość specyficzny profil na Facebooku.
Upss, może i dobrze się stało, że nie pobiegnę… ?
Nie nam nic do numerologii, do nietuzinkowych zainteresowań i broń Boże – wyznań duchowych, ale robienie takiej specyficznej i kontrowersyjnej układanki cyfrowej pod przykryciem wszak przecież neutralnej światopoglądowo imprezy, jest dla mnie co najmniej zastanawiające.
A wiecie kto pobiegnie z numerem 666…? Ja wiem…
Niech moc będzie z Wami 🤟

Zdjęcie doskonałe

Fotografia doskonała
Zanim rozpocznę cykl wpisów o mojej wspaniałej foto wyprawie do Prowansji chciałbym podzielić się przemyśleniami na temat fotografii doskonałej.
Niedawno wstawiłem na Facebooka jedno z moich zdjęć, pokazujące trzy flamingi brodzące w wodzie parku Pont de Gau. Zdawałem sobie sprawę z nieostrości tego zdjęcia, ale jednak coś mnie w nim zauroczyło. Mimo swej niedoskonałości pokazałem je światu, między innymi osobom z grupy „Mikro 4/3”.
Nie musiałem długo czekać. Pierwszy negatywny komentarz pojawił się prawie natychmiast, potem następny. Zamiast siedzieć cicho odpowiedziałem, że „czasami się zdarza, że nieostrość zdjęcia jest zamierzona”. Ale to chyba nie przekonało zwolenników doskonałości. Zlikwidowałem zatem post, czego teraz bardzo żałuję. Tym ruchem podkopałem sam siebie, swój sposób postrzegania tego zdjęcia. Uznałem mimowolnie, że inni mają rację: „to zdjęcie jest do niczego”.
Ale prawda jest taka, że mam do tego obrazka bardzo pozytywny stosunek. Urzekły mnie kolory, odbicie postaci ptasich w wodzie, urzekł mnie nastrój towarzyszący robieniu tego zdjęcia. Tego dnia nic nie było doskonałe. Ani moje umiejętności, ani sprzęt jaki posiadałem, ani brak dyscypliny wśród flamingów, które ciągle były w ruchu, ani potworny upał, który doskwierał bardzo mocno (był to dzień rekordu temperaturowego we Francji). Tak, przyznaję, chciałem aby ich dzioby były idealnie ostre. Nie wyszło…
Czy zatem powinienem wyrzucić fotkę do kosza? Czy może jest jednak w niej coś, co przyciąga uwagę. Zdjęcie to na moim „zwykłym” profilu doczekało się opinii typu: „poezja fotograficzna”, „przepiękne zdjęcie”. Nie są to opinie wytrawnych znawców fotografii, lecz osób, które ten obrazek z jakichś powodów urzekł.
I właśnie oto chodzi. Robię zdjęcia nie tylko dla siebie. Chcę pokazywać je innym, próbując przy tym poruszyć ich uczucia. Jeśli spotykam się z pozytywnym oddźwiękiem, sprawia mi to wiele satysfakcji. Jestem otwarty na krytykę oraz zdaję sobie sprawę ze swojej niedoskonałości.
I tak naprawdę pozostawiłbym ten incydent bez komentarza, gdyby nie książka, którą akurat czytam. Jest to „Zdjęcia z duszą. Jak zostać fotografem z wizją”, autorstwa mojego ulubionego pisarza – fotografa Davida duChemin. W rozdziale „Porzuć dążenia do doskonałości” pisze: „Potrzeba uzyskania większego zakresu tonalnego i ostrzejszej ostrości sugeruje, że szukamy czegoś na zastępstwo rzeczy, która naprawdę by nas poruszyła. Żadna ostrość ani zakres tonalny nie uczynią historii lepszą w stopniu większym, niż nowoczesny krój pisma jest w stanie upiększyć wiersz.” Dziwne, właśnie teraz zacząłem ją czytać, właśnie teraz dotarła do mnie, z wielką przyjemnością wziąłem ją do ręki i celebruję treść w niej zawartą.
David pisze, że nie ma nic złego w dążeniu do doskonałości, w doskonaleniu swojego warsztatu, umiejętności posługiwania się aparatami, obiektywami, czy programami do wywoływania w cyfrowej ciemni. Jednak zdjęcie z duszą nie musi być ostre. Jeśli chociaż jedna z osób je oglądających zostanie poruszona jego treścią, to dla fotografa powinno być największym sukcesem, największą satysfakcją. Ja takowej doznałem i bardzo wszystkim dziękuję za piękne komentarze umieszczone pod moimi pracami. Dziękuję również tym, którzy zauważyli moje niedoskonałości. Te wpisy są dla mnie motywacją w dążeniu do szlifowania mojego warsztatu, do uzyskiwania coraz lepszych kadrów.
W załączeniu wspomniane wyżej zdjęcie.

Co dalej z „Władzą”?

Jeszcze pod koniec 2018 roku napisałem, że nowa książka jest już gotowa i czeka na wydanie. Powinienem zatem jakoś skomentować fakt, że dalej nie jest wydana. A sytuacja przedstawia się następująco:
„Władza” przeszła przez sito redakcji i korekty, do czytania rękopis wzięły osoby mi bliskie. Część z nich przeczytała i przekazała mi dobre i te gorsze wiadomości. Konkluzja była taka: „jest to dobra książka i widać w niej postępy warsztatowe pisarza, choć przed nim jeszcze długa droga do bycia profesjonalistą”. Byli też tacy, którzy nie dali rady jej przeczytać. Usłyszałem asertywne „nie”, bo nie odpowiada mi klimat tej prozy. Usłyszałem też, że jest jeszcze czytana, czytana, czytana, ale… „jest naprawdę świetna”.
Tyle tylko, że „Władza” to political fiction, która w kraju nad Wisłą, będącym na dziwnym, niezrozumiałym dla mnie, niebezpiecznym zakręcie, może się jakiemuś oszołomowi nie spodobać i co wtedy…?
Postanowiłem ją zatem schować do szuflady. Z przykrością o tym piszę, gdyż jestem bardzo z niej zadowolony i czuję, że mogłaby się cieszyć powodzeniem.
Wierzę, że przyjdzie na nią czas, chociaż naprawdę jej treść i bohaterowie są bardzo daleko usytuowani od naszych polskich realiów.
Wpis ten, o zabarwieniu czarno – białym (tak go widzę…) okraszę sarkastycznym zdjęciem.

P.S.
Piąta książka jest już na warsztacie, równolegle noszę się z zamiarem napisania wspomnień z FotoWyprawy do Prowansji, w której zamieszczę sporo moich zdjęć.

 

Powrót

Ostatni styczniowy post był bardzo znamienny. To, co zdarzyło się w Gdańsku w tym smutnym dniu spowodowało zranienie mojego serca. Znam swój charakter… Mogłem próbować wyrzucić z siebie tę „żółć” słowami niewybrednymi, niebezpiecznymi, szkodliwymi… Wybrałem ciszę… Trwała ona do dziś.

Tymczasem obserwowane przeze mnie blogi wrzały od nowych wpisów. Społeczność nie znosi pustki. I bardzo dobrze… Teraz czas na powrót… w czytaniu, a przede wszystkim w pisaniu.

Zacznę od ciepłej jeszcze informacji. Otóż W dniach 22 – 30 czerwca uczestniczyłem w foto-wyprawie do Prowansji, zorganizowanej przez Biuro Podróży HORYZONTY. Patronat merytoryczny nad grupą sprawowali: Ewa Prus i Piotr Dębek (można obserwować ich dokonania na stronie www.ewaipiotr.pl).

W kolejnych wpisach będę informował o przebiegu przygotowań do wyprawy, jak i opiszę samą wspaniałą przygodę, którą przeżyłem z pozostałymi przesympatycznymi uczestnikami. Wyjazd zafundował mi prawie 3,5 tys. zdjęć, które teraz będą poddane kategoryzacji i obróbce w cyfrowej ciemni. Potem oczywiście podzielę się nimi na łamach bloga oraz na mojej stronie www.jacekdelt.com, która przeszła w ostatnich dniach gruntowną przebudowę.ostatnio gruntowną przebudowę.