Nie pobiegnę w ”wąbrzeskiej dziesiątce”…

Nie pobiegnę 7 września w „wąbrzeskiej dziesiątce”…
A było tak blisko, ale… Może od początku…
Biegać zacząłem w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Robiłem tylko dla siebie, dla własnego zdrowia. W tamtych czasach jogging nie był popularny na ulicach, skwerach i parkach polskich miast. Ludzie oglądali się za mną ze zdziwieniem, patrzyli na mnie biegającego jak na jakiegoś dziwoląga. Jak to dobrze, że teraz wszystko się zmieniło. Aktywność fizyczna stała się modna i nareszcie doceniana. Raduje mnie widok ludzi biegających, rowerzystów, kijkarzy.
A co było dalej ze mną? Potem była zbyt długa przerwa, w trakcie której zapuściłem się na kilkanaście kilogramów… Wtedy powiedziałem dość i nastąpiła radykalna zmiana.
Regularnie biegam od 10 lat. Nie biję rekordów, nie wyznaczam sobie nierealnych celów. Raz tylko uczestniczyłem w zorganizowanych zawodach, reszta przebytych tras była tylko dla siebie i w swoim towarzystwie…
W tym roku, dla uczczenia własnych okrągłych urodzin postanowiłem przebiec „wąbrzeską dziesiątkę”.
Decyzja niełatwa, ale… no cóż tym razem… chyba w końcu trzeba…
Przygotowania rozpocząłem dużo wcześniej.
Ze zgłoszeniem swojego udziału miałem czas do 15 sierpnia, więc nie spieszyłem się… Wiadomo, w pewnym wieku kondycja może zawieść z dnia na dzień.
W końcu przyszedł czas na wysłanie formularza zgłoszeniowego. I… za późno…!
Ku mojemu zdumieniu został ustalony limit biegu głównego w liczbie (nomen omen) „666” (regulamin), a głównym organizatorem biegu i zapewne pomysłodawcą „limitu” jest ktoś, kto ma dość specyficzny profil na Facebooku.
Upss, może i dobrze się stało, że nie pobiegnę… ?
Nie nam nic do numerologii, do nietuzinkowych zainteresowań i broń Boże – wyznań duchowych, ale robienie takiej specyficznej i kontrowersyjnej układanki cyfrowej pod przykryciem wszak przecież neutralnej światopoglądowo imprezy, jest dla mnie co najmniej zastanawiające.
A wiecie kto pobiegnie z numerem 666…? Ja wiem…
Niech moc będzie z Wami 🤟

Zdjęcie doskonałe

Fotografia doskonała
Zanim rozpocznę cykl wpisów o mojej wspaniałej foto wyprawie do Prowansji chciałbym podzielić się przemyśleniami na temat fotografii doskonałej.
Niedawno wstawiłem na Facebooka jedno z moich zdjęć, pokazujące trzy flamingi brodzące w wodzie parku Pont de Gau. Zdawałem sobie sprawę z nieostrości tego zdjęcia, ale jednak coś mnie w nim zauroczyło. Mimo swej niedoskonałości pokazałem je światu, między innymi osobom z grupy „Mikro 4/3”.
Nie musiałem długo czekać. Pierwszy negatywny komentarz pojawił się prawie natychmiast, potem następny. Zamiast siedzieć cicho odpowiedziałem, że „czasami się zdarza, że nieostrość zdjęcia jest zamierzona”. Ale to chyba nie przekonało zwolenników doskonałości. Zlikwidowałem zatem post, czego teraz bardzo żałuję. Tym ruchem podkopałem sam siebie, swój sposób postrzegania tego zdjęcia. Uznałem mimowolnie, że inni mają rację: „to zdjęcie jest do niczego”.
Ale prawda jest taka, że mam do tego obrazka bardzo pozytywny stosunek. Urzekły mnie kolory, odbicie postaci ptasich w wodzie, urzekł mnie nastrój towarzyszący robieniu tego zdjęcia. Tego dnia nic nie było doskonałe. Ani moje umiejętności, ani sprzęt jaki posiadałem, ani brak dyscypliny wśród flamingów, które ciągle były w ruchu, ani potworny upał, który doskwierał bardzo mocno (był to dzień rekordu temperaturowego we Francji). Tak, przyznaję, chciałem aby ich dzioby były idealnie ostre. Nie wyszło…
Czy zatem powinienem wyrzucić fotkę do kosza? Czy może jest jednak w niej coś, co przyciąga uwagę. Zdjęcie to na moim „zwykłym” profilu doczekało się opinii typu: „poezja fotograficzna”, „przepiękne zdjęcie”. Nie są to opinie wytrawnych znawców fotografii, lecz osób, które ten obrazek z jakichś powodów urzekł.
I właśnie oto chodzi. Robię zdjęcia nie tylko dla siebie. Chcę pokazywać je innym, próbując przy tym poruszyć ich uczucia. Jeśli spotykam się z pozytywnym oddźwiękiem, sprawia mi to wiele satysfakcji. Jestem otwarty na krytykę oraz zdaję sobie sprawę ze swojej niedoskonałości.
I tak naprawdę pozostawiłbym ten incydent bez komentarza, gdyby nie książka, którą akurat czytam. Jest to „Zdjęcia z duszą. Jak zostać fotografem z wizją”, autorstwa mojego ulubionego pisarza – fotografa Davida duChemin. W rozdziale „Porzuć dążenia do doskonałości” pisze: „Potrzeba uzyskania większego zakresu tonalnego i ostrzejszej ostrości sugeruje, że szukamy czegoś na zastępstwo rzeczy, która naprawdę by nas poruszyła. Żadna ostrość ani zakres tonalny nie uczynią historii lepszą w stopniu większym, niż nowoczesny krój pisma jest w stanie upiększyć wiersz.” Dziwne, właśnie teraz zacząłem ją czytać, właśnie teraz dotarła do mnie, z wielką przyjemnością wziąłem ją do ręki i celebruję treść w niej zawartą.
David pisze, że nie ma nic złego w dążeniu do doskonałości, w doskonaleniu swojego warsztatu, umiejętności posługiwania się aparatami, obiektywami, czy programami do wywoływania w cyfrowej ciemni. Jednak zdjęcie z duszą nie musi być ostre. Jeśli chociaż jedna z osób je oglądających zostanie poruszona jego treścią, to dla fotografa powinno być największym sukcesem, największą satysfakcją. Ja takowej doznałem i bardzo wszystkim dziękuję za piękne komentarze umieszczone pod moimi pracami. Dziękuję również tym, którzy zauważyli moje niedoskonałości. Te wpisy są dla mnie motywacją w dążeniu do szlifowania mojego warsztatu, do uzyskiwania coraz lepszych kadrów.
W załączeniu wspomniane wyżej zdjęcie.

Co dalej z „Władzą”?

Jeszcze pod koniec 2018 roku napisałem, że nowa książka jest już gotowa i czeka na wydanie. Powinienem zatem jakoś skomentować fakt, że dalej nie jest wydana. A sytuacja przedstawia się następująco:
„Władza” przeszła przez sito redakcji i korekty, do czytania rękopis wzięły osoby mi bliskie. Część z nich przeczytała i przekazała mi dobre i te gorsze wiadomości. Konkluzja była taka: „jest to dobra książka i widać w niej postępy warsztatowe pisarza, choć przed nim jeszcze długa droga do bycia profesjonalistą”. Byli też tacy, którzy nie dali rady jej przeczytać. Usłyszałem asertywne „nie”, bo nie odpowiada mi klimat tej prozy. Usłyszałem też, że jest jeszcze czytana, czytana, czytana, ale… „jest naprawdę świetna”.
Tyle tylko, że „Władza” to political fiction, która w kraju nad Wisłą, będącym na dziwnym, niezrozumiałym dla mnie, niebezpiecznym zakręcie, może się jakiemuś oszołomowi nie spodobać i co wtedy…?
Postanowiłem ją zatem schować do szuflady. Z przykrością o tym piszę, gdyż jestem bardzo z niej zadowolony i czuję, że mogłaby się cieszyć powodzeniem.
Wierzę, że przyjdzie na nią czas, chociaż naprawdę jej treść i bohaterowie są bardzo daleko usytuowani od naszych polskich realiów.
Wpis ten, o zabarwieniu czarno – białym (tak go widzę…) okraszę sarkastycznym zdjęciem.

P.S.
Piąta książka jest już na warsztacie, równolegle noszę się z zamiarem napisania wspomnień z FotoWyprawy do Prowansji, w której zamieszczę sporo moich zdjęć.

 

Powrót

Ostatni styczniowy post był bardzo znamienny. To, co zdarzyło się w Gdańsku w tym smutnym dniu spowodowało zranienie mojego serca. Znam swój charakter… Mogłem próbować wyrzucić z siebie tę „żółć” słowami niewybrednymi, niebezpiecznymi, szkodliwymi… Wybrałem ciszę… Trwała ona do dziś.

Tymczasem obserwowane przeze mnie blogi wrzały od nowych wpisów. Społeczność nie znosi pustki. I bardzo dobrze… Teraz czas na powrót… w czytaniu, a przede wszystkim w pisaniu.

Zacznę od ciepłej jeszcze informacji. Otóż W dniach 22 – 30 czerwca uczestniczyłem w foto-wyprawie do Prowansji, zorganizowanej przez Biuro Podróży HORYZONTY. Patronat merytoryczny nad grupą sprawowali: Ewa Prus i Piotr Dębek (można obserwować ich dokonania na stronie www.ewaipiotr.pl).

W kolejnych wpisach będę informował o przebiegu przygotowań do wyprawy, jak i opiszę samą wspaniałą przygodę, którą przeżyłem z pozostałymi przesympatycznymi uczestnikami. Wyjazd zafundował mi prawie 3,5 tys. zdjęć, które teraz będą poddane kategoryzacji i obróbce w cyfrowej ciemni. Potem oczywiście podzielę się nimi na łamach bloga oraz na mojej stronie www.jacekdelt.com, która przeszła w ostatnich dniach gruntowną przebudowę.ostatnio gruntowną przebudowę.

Cyfrowa ciemnia (powracający temat)

Jak bumerang powraca temat aplikacji do cyfrowego wywoływania surowych RAW-ów. Tego typu informatyczne narzędzie jest niezbędne każdemu, kto para się fotografią. Czy to zaawansowany amator, czy też profesjonalista – bez cyfrowej ciemni ani rusz. W swoim blogu pisałem już wielokrotnie o swoich fascynacjach takimi programami. Nie tak dawno zachwycałem się możliwościami Capture One 10, jeszcze wcześniej Luminarem. Największą estymą jak do tej pory cieszy się u mnie jednak Adobe Lightroom. Gdyby nie to, że Adobe przeszło właściwe całkowicie na udostępnianie aplikacji w systemie abonamentowym, pozostawiając wersję pudełkową samą sobie (no dobrze serwując jej jeszcze kilka aktualizacji), nie myślałbym o niczym innym. Pomimo swojego pozytywnego stosunku do wszelkich „chmurnych” rozwiązań, narzędzie do cyfrowej obróbki wolą mieć w wersji „stacjonarnej”. OK, wiem, że Lightroom w wersji „cloud” jest regularnie aktualizowany i nie trzeba wydawać kolejnych pieniędzy na zakup uaktualnień. Zrezygnowałem zatem z cloud, zostałem przy L6 i rozglądałem się za alternatywą.
Najpierw spróbowałem Luminara. Niezły, choć się nie pokochaliśmy. Narzędzia do obróbki standardowe, co go pozytywnie wyróżnia to wbudowane liczne presety, pogrupowane tematycznie. W wersji „2018” znalazło się ponad 100 takich presetów oraz 40 filtrów. Program pozwala na korektę wad optycznych obiektywów oraz pracę nad perspektywą. Nie brakuje masek, klonowania i pędzli. Zakup apki raz i na zawsze…? Nie do końca. Gdy pojawia się nowa wersja, to i tak upgrade trzeba dokupić. Nie ma uaktualnień za darmo…
Następna alternatywa to Capture One, o którym w wersji „10” pisałem na blogu w tym miejscu: CapturOne. Trzeba przyznać, że jest to potężne narzędzie używane przez wielu profesjonalnych fotografów. Przez długi czas byłem urzeczony tym programem. Potem zapał lekko ostygł, pomimo że miał to coś, co bardzo lubię – wersję polską i naprawdę bardzo przejrzysty interfejs. Ale czy to jest najważniejsze? Oczywiście nie. Niestety mnie zniechęcił trochę ten jego system sesji i katalogów. To, co dla innych jest pewnie idealnym rozwiązaniem, u mnie, przyzwyczajonego do katalogowania w/g AL, powodowało lekki chaos i bałagan. Pewnie poświęciłem mu zbyt mało czasu. I co? Wróciłem do Lightrooma 6… Porównania obu programów dokonał Jakub Kaźmierczyk na łamach Fotoblogii
Ale nie byłby sobą, gdybym nie próbował dalej. Niedawno „wpadł mi w ręce” Pictorial. Prosty, intuicyjny, bez „wodotrysków”. To naprawdę miły i prosty w obsłudze program. Zainstalowałem, uruchomiłem, otworzyłem surowy plik RAW dla Olka, czyli ORF i… I nic… Nie czyta. Zaskoczony wysłałem maila do dewelopera w prośbą o ustosunkowanie się do tej dziwnej sytuacji. Przecież Olympus OM-D E-M1 mII to nie jest puszka, która pojawiła się na rynku wczoraj… W odpowiedzi przeczytałem, że w niektórych nowych MacBookach taki problem występuje. Pomimo tego, że po kilku dniach wszystko działało, aplikacja nie zdobyła mojej aprobaty. Nie używam jej i koniec…
Kolejny kombajn, który wziąłem na tapetę to DxO PhotoLab 2. Deweloper poinformował wcześniej, że nie będzie już tej aplikacja rozwijał, ale jednak pojawiła się nowa wersja. I bardzo dobrze. DxO ma bardzo bogatą historię, nie jest to nowa, ani znikająca gwiazda wśród narzędzi w cyfrowej ciemni. To pozytywnie postrzegany produkt z wieloma ciekawymi funkcjami. Po odkupieniu od Google pakietu Nik Collection, program uzyskał wiele nowych rozwiązań takich, jak chociażby U Point do lokalnej korekcji obrazu, czy ClearView Plus lub Smart Lighting. Wprowadzono również ciekawe rozwiązanie do katalogowania i wyszukiwania plików graficznych. Rzeczywiście po zastosowaniu nowych algorytmów DxO zdjęcie o bardzo słabym zakresie tonalnym odzyskuje swoją wartość. Dla przykładu zamieszczam poniżej dwie fotki: jedna prosto z „puszki”, druga po obróbce w DxO. Dużym plusem w aplikacji stworzonej przez Francuzów jest możliwość przechodzenia ze zdjęciem z DxO do Lightrooma, z zachowaniem zmian, zastosowanych w tej pierwszej apce. DxO chwali swój produkt za największą na rynku bazę aparatów i obiektywów, co pozwala szybko i sprawnie korygować wady optyczne tych drugich i korzystać z bogatych profili tych pierwszych. Niestety jest jak dotąd najwolniejszy z wszystkich, które testowałem. Brakuje mi też systemu słów kluczowych, tak wspaniale funkcjonującego w Adobe. Być może, że po kolejnych próbach nauki modułu wyszukiwania w DxO, słowa kluczowe nie będą mi potrzebne… W połączeniu z pakietami Nic Collection 2018, DxO FilmPack 5 i DxO ViewPoint 3, to już jest naprawdę potężne narzędzie.
I znowu w tekście pojawia się Adobe Lightroom…?
Temat aplikacji do obróbki RAW-ów ledwo co tu liznąłem. Oprócz tych wymienionych wyżej jest dużo więcej dostępnych. Są darmowe i płatne z jednorazową licencją lub też (jak AL) w abonamencie. Każdy może wybrać taki, który jest dla niego najwygodniejszy. Co ważne, większość z nich pozwala na dowolne zaprojektowanie swojego własnego workflow.
Ja na pewno nie pożegnam się z Lightroomem. Zbyt mocno się związaliśmy przez wiele lat, a poza tym takiej redukcji szumów jak u niego nie spotkałem jeszcze w żadnym innym programie…