Historia zdjęcia cz. 23

Po przerwie powracam do kontynuacji wpisów na blogu. Przerwa była niezwykła… W ciągu dziesięciu dni przemierzyłem blisko cztery tysiące kilometrów po Europie. Udało się wykonać wiele ciekawych kadrów, z którymi się chętnie podzielę. Dziś o niezwykłym miejscu: Neuschwanstein, zamku znajdujący się w południowej Bawarii w Niemczech. Więcej szczegółów na temat tego niezwykłego miejsca można znaleźć pod adresem: http://pl.wikipedia.org/wiki/Neuschwanstein. Zdjęcie wykonane z mostu Marienbrücke, zawieszonym ok 90 m nad przepływającą pod nim rzeką Pöllat. Wejście na most jest wielkim wezwaniem… Pod nogami cienkie deski, a pod nimi przepaść. Nadzieja dobrego kadru była jednak silniejsza od strachu. Zamek tak pięknie prezentuje się tylko z tego mostu…

© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 32 mm, f/10, 1/400 s, ISO 320

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 32 mm, f/10, 1/400 s, ISO 320

Historia zdjęcia cz 22

Jest wieczór (kilka dni wstecz). Moje okno w kuchni, wychodzące na zachód, będące często „ekranem zjawisk niesamowitych”. Tym razem zaciemniony pasy horyzontu i szaro-burych wieczornych chmur, przerwane zostały pasem płonącego nieba. A na nim dobrze znany symbol OKA. Aż szkoda, że nie było widać Pupilli i Iris

© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 40 mm, f/10, 1/15 s, ISO 320

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 40 mm, f/10, 1/15 s, ISO 320

Kultowe aparaty

HistRozwój technologii, czy pogoń za zyskami? Takie pytanie zadaję sobie patrząc na fotograficzny deszcz obfitości, trwający już od wielu lat. Mowa tu oczywiście o aparatach fotograficznych. Moja prawdziwa przygoda z fotografią rozpoczęła się już w dobie cyfrowych lustrzanek i niezliczonej liczby cyfrowych kompaktów. Nigdy nie doznałem uczucia wielkiej radości, gdy w ciemni z pomocą chemicznych odczynników, na papierze fotograficznym ukazywały się pierwsze kontury własnego zdjęcia. Kiedyś, w latach młodzieńczych, kolega zaprosił mnie na krótkie zwiedzanie swojej ciemni, gdzie mogłem posmakować tej niesamowitej atmosfery. Szkoda, że wtedy nie obudziła się we mnie fotopasja… Wrócę jednak do postawionego pytania. Czyż nie tęsknimy za aparatami kultowymi? Za takimi, co trwają na topie pięć, dziesięć lat? Co zabija kultowość aparatów fotograficznych? Zapewne rozwój technologii. Nie jestem osobą, która nie zauważa ogromnej dynamiki jej rozwoju. Nie jestem przeciwnikiem nowych technologii, wręcz odwrotnie. Czyż jednak, korzystając z nowych rozwiązań, nie można udoskonalać np. Nikona D700, D4, oferując właścicielom np. wymianę matrycy, procesora, systemu redukcji drgań, systemu czyszczenia matrycy….? A może tylko wystarczyłaby aktualizacja oprogramowania? Właściciel takiego sprzętu otoczony byłby czułą opieką serwisu. Zapewne wielu znawców tematu teraz mnie wyśmieje… Już słyszę padające pytania: a gdzie wykorzystanie doświadczeń naukowców pracujących nad upychaniem maksymalnej liczby pikseli, nad doskonaleniem algorytmów przeliczających dane, umożliwiających uzyskanie lepszych barw, wiekszych kontrastów, poszerzających liczbę Ev, zbliżając się do niemożliwego 20 Ev, charakterystycznego dla urządzenia, które stworzyła Natura, a które nazywa się okiem? A poza tym, przy takiej masie wyprodukowanych egzemplarzy, najlepszym serwisem jest przecież…. wymiana na nowy…
Tymczasem w segmencie lustrzanek można zanotować: serie aparatów dla początkujących, dla amatorów, dla średnio zaawansowanych amatorów, dla półprofesjonalistów, dla profesjonalistów… Do tego wiosną na rynek trafia model „5100” a jesienią „5200”, itd. Model „5100” specjalnie pozbawiony jest przez producenta np. łączności wifi, a w „5200” zabiera się obrotowość tylnego ekranu z „5100” i dodaje wifi… To jakaś paranoja, która ma na celu tylko dezorientację i drenaż kieszeni klienta. I tak jest również z bezlusterkowcami, kompaktami… Euforia szczęśliwego zdobywcy Olympusa OM-D E-M1 trwa zaledwie niecały rok, po czym producent zaczyna go „straszyć” nadchodzącym Mark II… Kpina z klienta, czy wyrachowanie? Zapewne jedno i drugie!
Jest jednak rynek aparatów, ktore mają symptomy kultowych. To aparaty średnioformatowe, przeznaczone dla profesjonalistów lub ludzi z nadmiarem gotówki, gdyż ceny w tym segmencie wahają się od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy złotych. Są to naprawdę fantastyczne urządzenia, ale ich kultowość (o ile można im ją przypisać) wynika z bardzo wysokiej i wygórowanej ceny.
Marzę o tym, aby kiedyś powstał kultowy aparat dedykowany zwykłym fotografom. Aby był królem pięć, dziesięć lat… Aby był wzorcem jak metr z Sevres pod Paryżem dla wszystkich innych aparatów…!

Lady Leyda

Oto Lady Leyda w szóstym tygodniu swojego życia. Piesek rośnie jak na drożdżach, karmiony głównie pokarmem suchym, wspomaganym zanikającymi zasobami mlecznymi swojej matki. Jutro ważny dzień kolejnych szczepień oraz ogólnego „przeglądu” u pana weterynarza. Mała ciągle pozostaje w sześcioosobowym stadku, ale już w przyszłym tygodniu pierwsze szczenięta zawitają do nowych domów. Nasza Leyda niestety musi jeszcze troszkę poczekać. Młodziaki, dzięki ogromnej pracy i zaangażowaniu hodowców, mają się naprawdę świetnie.

© 2015 by stojaq OM-D EM-1, 12 mm, f/5.0, 1/20 s, ISO 1250

© 2015 by stojaq
OM-D EM-1, 12 mm, f/5.0, 1/20 s, ISO 1250

Wiosna !

Po jesienno – zimowych Świętach Wielkanocnych nadeszła długo oczekiwana wiosna. Temperatura w okolicach  „magicznych” 20 stopni. Czas wznowić fotograficzne połowy dowodów obecności tej najpiękniejszej pory roku. Przedstawiam dziś jedno z moich wiosennych zdjęć 🙂

© foto by stojaq Nikon D80, 200 mm, f/5.6, 1/1250 s, ISO200

© foto by stojaq
Nikon D80, 200 mm, f/5.6, 1/1250 s, ISO200

Po koncercie…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJeśli miałbym wskazać artystę, który systematycznie gromadzi na swoim koncie coraz wspanialsze dzieła, to byłby nim zapewne Steven Wilson. Od pewnego czasu skupiony na solowej twórczości, tworzy muzykę w będącą swoistym mixem z Jego poprzednich wcieleń (Porcupine Tree, No Man, Blackfield, Storm Corrosion). Najnowsze wydawnictwo Hand. Cannot. Erase. jest jednym z najwspanialszych dzieł tego Artysty. Wczoraj – 8 kwietnia – odbył się jeden z dwóch Jego koncertów w Polsce. Małem to szczęście ogladać i słuchać na żywo. Specjalnie pisze „oglądać”, gdyż koncert zamienił się w prawdziwe widowisko multimedialne, okraszone mistrzowsko wykonaną muzyką. Steven Wilson band wystąpił w następującym składzie: Steven Wilson – vocal, guitar, piano, mellotron, artistic direction; Guthrie Govan – guitar; Adam Holzman – keyboards; Nick Beggs – bass, Chapman stick; Marco Minnemann – drums and percussion. Pomijając drobne problemy nagłośnieniowe w pierwszej części koncertu, występ był fantastyczny i przysporzył wiele bardzo pozytywnych wrażeń. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku Artysta powróci do Polski i da możliwość powtórnego zagłębienia się w Wilsonowski Świat wspaniałych dźwięków i obrazów.

IMG_2272

HAND. CANNOT. ERASE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADla wielu szczęśliwców zbliża się chwila, kiedy Steven Wilson wraz ze swoimi muzykami rozpocznie pierwszy koncert  w Polsce. Znam kilku takich szczęśliwców i życzę im wspaniałych wrażeń… Jutro z Krakowa muzycy przemieszczą się do Łodzi. Jeśli nierówna walka z wirusem zakończy się zwycięstwem, dołączę do grona słuchających i oglądających jutrzejszy koncert. Mam nadzieję, że  główną rolę odgrywać będzie muzyka z ostatniej płyty tego niezwykle utalentowanego Artysty.
Dla podkreślenia nastroju tego niezwykłego wydarzenia podłączam link do utworu „Perfect Life”:

Wielkie Dni…

© 2014 by stojaq OM-D EM-1, 62 mm, f/11, 1/320 s, ISO 250, Silver Efex Pro 2

© 2014 by stojaq
OM-D EM-1, 62 mm, f/11, 1/320 s, ISO 250, Silver Efex Pro 2

Zbliżamy się do kuminacyjnych chwil związanych z obchodami Świąt Wielkanocnych. Byłem ostatnio świadkiem rozmowy duchownego z dziećmi, podczas ktorej w kierunku młodych padło pytanie: z czym kojarzy się wam Wielkanoc. Padały następujące odpowiedzi: „przychodzi zajączek”, „śniadanie wielkanocne”, „słodycze”, spotkania z rodziną”… Nie padła odpowiedź, której duchowny oczekiwał… Ale czy od małych dzieci można się czegoś innego spodziewać? Dla nich pojęcia „zmartwychwstanie”, „ukrzyżowanie”, „pascha” są totalnie niezrozumiałe, a o śmierci nie chcą słyszeć – i dobrze!!!. Dlatego analizując  nierozwiązywalny dylemat wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia dodaję swoje pięć groszy…. Wyrażam zatem pogląd (wynikający z własnego doświadczenia), że dla dzieci i młodzieży filozofia bożonarodzeniowa jest zwyczajnie bardziej zrozumiała, percepcyjnie łatwiejsza do przyjęcia. Wynika to z ich własnych, ubogich jeszcze przecież, doświadczeń życiowych. A do tego jest dla nich akceptowalna, ponieważ dużo w tym czasie wypowiada się słów: „narodzenie”, „małe dzieciątko” , „żłobek”, „matka”, „ojciec”, itp tkliwe i miłe dla ucha wyrazy. Święta Bożego Narodzenia to po prostu życie, doczesna perspektywa długiego, radosnego życia.

Święta Wielkanocne to głębsza tajemnica, która dociera do dojrzałego w pełni umysłu. To wyjście na przeciw pytaniom i wątpliwościom odnoszącym się do tego, co będzie po „długim i radosnym życiu doczesnym”. A takie dylematy dotykają dopiero ludzi, którzy osiągają dojrzałość duchową.
Bardzo lubię te dni totalnej, dogłębnej zadumy. Lubię swoje nieporadne próby osiągnięcia nieosiągalnego… totalnej pokory wobec własnej mizerności, w odniesieniu do nieograniczonej wielkości i nieograniczoności wszystkiego o czym wiem i o czym nigdy się nie dowiem…
Do wpisu dołączam link do tego samego fragmentu Passion Petera Gabriela, który zamieściłem na blogu w ubiegłym roku – wspaniała muzyka…