Pink Floyd – postscriptum

W eterze trwa gorąca wymiana opinii na temat ostatniej płyty Pink Floyd The Ednless River. Można przeczytać euforyczne opinie, jak i zawierające totalną, emocjonalną krytykę. Cóż – efekt w zasadzie został osiągnięty. Nie ma nic gorszego, gdy się o nowej płycie nie mówi nic… Nie jestem jednak pewnien, czy David Gilmour miał na celu tylko sprowokowanie dyskusji na ten temat. Szczerze mówiąc, nie znamy do końca wszystkich motywów, którymi kierowali się tandem Gilmour – Mason, decydując się na wydanie The Endless River. Zapewne motywacje komercyjne były jednymi z najistotniejszych i te na pewno zostały osiągnięte. Muzycznie płyta ta nie jest ich szczytowym osiągnięciem, ale ma ona zupełnie inny wymiar, którego krytykanci albo nie chcą, albo nie potrafią zrozumieć. Żyjąc w kraju, gdzie wszyscy na wszystkim się znają, gdzie każdy bezkarnie tapla się w obrzuconym przez siebie błocie, gdzie ulubionym hobby jest deptanie wszelkich autorytetów, pojawiła płyta Pink Floyd, chłopców do bicia – niech teraz dostaną za swoje!!!
Na szczęście są tacy, dla których płyta ta ma odmienną, swoistą wymowę. Ja należę do tej grupy i nie wstydzę się tego. Dla nas, którzy doznawali mentalnych odlotów (i to bez żadnych dodatkowych środków i dopalaczy) słuchając niezwykłych dźwięków suit Pink Floyd, każdy nowy dźwięk tej Formacji jest przyjmowany w wielką wdzięcznością. A w dodatku dźwięki The Endless River kończą wieloletni cykl wydawania nowego materiału pod nazwą Pink Floyd i niech to będzie przyczynkiem zadumy, jak i radosnego wsłuchiwania się w tą piękną muzykę.

2 myśli w temacie “Pink Floyd – postscriptum

  1. Zgadzam się, że „starzy” i „zatwardziali” fani Pink Floyd mogą mieć szczególnie bezkrytyczny stosunek do nowej płyty i ja to rozumiem. Wszak brzmi ona w 100% pink-floydowo, nie pozbawiona jest też autocytatów, słucha się jej bardzo przyjemnie no i – było nie było – jest to pierwszy od kilkunastu lat materiał tej legendarnej grupy. Do tego zapowiedziano, że na pewno ostatni, co dodaje całemu przedsięwzięciu szczególniej wagi. Chciałoby się wszakże, by zamknięcie tak wielkiej muzycznej historii, jaką przez lata pisało Pink Floyd, było godne jej miary. Jednak nie jest. Jest swoistym post scriptum, którego zresztą nikt się nie spodziewał. Ale tak sobie myślę, że to chyba pierwsza płyta tej formacji, którą muzycy nie próbowali niczego udowodnić, bo zwyczajnie nie musieli. I to słychać. Podejrzewam też, że gdyby muzyka ta została wydana przy okazji np. reedycji The Division Bell (jak sugeruje część fanów), nie zostałaby tak szeroko zauważona i nie narobiłaby tyle „hałasu”. Czy na to liczyli Gilmour i Mason – nie wiem. Pewnie po troszę także….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s