Pink Floyd – postscriptum

W eterze trwa gorąca wymiana opinii na temat ostatniej płyty Pink Floyd The Ednless River. Można przeczytać euforyczne opinie, jak i zawierające totalną, emocjonalną krytykę. Cóż – efekt w zasadzie został osiągnięty. Nie ma nic gorszego, gdy się o nowej płycie nie mówi nic… Nie jestem jednak pewnien, czy David Gilmour miał na celu tylko sprowokowanie dyskusji na ten temat. Szczerze mówiąc, nie znamy do końca wszystkich motywów, którymi kierowali się tandem Gilmour – Mason, decydując się na wydanie The Endless River. Zapewne motywacje komercyjne były jednymi z najistotniejszych i te na pewno zostały osiągnięte. Muzycznie płyta ta nie jest ich szczytowym osiągnięciem, ale ma ona zupełnie inny wymiar, którego krytykanci albo nie chcą, albo nie potrafią zrozumieć. Żyjąc w kraju, gdzie wszyscy na wszystkim się znają, gdzie każdy bezkarnie tapla się w obrzuconym przez siebie błocie, gdzie ulubionym hobby jest deptanie wszelkich autorytetów, pojawiła płyta Pink Floyd, chłopców do bicia – niech teraz dostaną za swoje!!!
Na szczęście są tacy, dla których płyta ta ma odmienną, swoistą wymowę. Ja należę do tej grupy i nie wstydzę się tego. Dla nas, którzy doznawali mentalnych odlotów (i to bez żadnych dodatkowych środków i dopalaczy) słuchając niezwykłych dźwięków suit Pink Floyd, każdy nowy dźwięk tej Formacji jest przyjmowany w wielką wdzięcznością. A w dodatku dźwięki The Endless River kończą wieloletni cykl wydawania nowego materiału pod nazwą Pink Floyd i niech to będzie przyczynkiem zadumy, jak i radosnego wsłuchiwania się w tą piękną muzykę.